Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 1 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział VI
02-28-2016, 07:16 PM (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-28-2016 08:03 PM przez Daakman.)
Post: #1
Ostrzeżenie Legenda. Część pierwsza: Rozdział VI
LEGENDA
Kamień Filozoficzny
Rozdział VI

SĘDZIA I KAT



Myślał, że wymienią się uściskiem dłoni. W końcu ktoś taki jak gubernator Ren Forrus powinien reprezentować kulturę najwyższych lotów. Ten, zamiast uścisku, obrzucił go tylko pogardliwym spojrzeniem i polecił przysiąść się do długiego stołu, na którym na całej szerokości starannie wyrzeźbiono trójwymiarową mapę królestwa. Oprócz gubernatora, w ciemnej, przestrzennej komnacie znajdował się jeszcze tylko Arc. Stał przy oknie zakrytym bordowymi zasłonami i wpatrywał się w cienką szczelinę, wpuszczającą do pomieszczenia niewielkie ilości światła słonecznego.

Saso zajął miejsce naprzeciw Forrusa. W tym półmroku ledwie go widział. To było pierwsze spotkanie z zarządcą Allenstenium i jednym z siedmiu Wysokości na dworze króla Regonera. Normalnie odczuwałby prawdopodobnie pewne napięcie, stres związany z powagą sytuacji, ale myśli całkowicie zajmowała nowo poznana postać Christopha Kitty i jego odważne słowa. Im bliżej było do rozprawy, tym bardziej przejmował się tym, co usłyszał od białowłosego mężczyzny. „Dreghone jest niewinny", rozbrzmiewał niezwykle spokojny głos.

Podjął temat z Daakmanem w celu zapoznania się z odmiennym punktem widzenia. W skazańcu widział godnego skonfrontowania poglądów rozmówcę. Ale coś podpowiadało mu, że Daakman tym razem nie sprawdzi się w tej roli, a przynajmniej Saso nie potraktuje jego opinii wystarczająco poważnie. Nadzwyczajnie się tym emocjonował, bardziej niż sam Saso, jak by ostateczne skazanie Dreghone'a za popełnione występki było jego punktem honoru. Albowiem uparcie trzymał się swojego przekonania, jakoby Garre był winien pożaru w Rainerish, zabójstwa Obucha i jego bandy oraz sprowadzenia do grodu wścibskich ważniaków z Allenstenium na czele z uwielbionym przez wszystkich Darem Cyllesem. Nie ufał też Christophowi. Twierdził, że sam fakt jego przynależności do Najwyższego Zgromadzenia całkowicie skreśla go jako wiarygodne źródło informacji. Polecił, by absolutnie zignorować sugestie białowłosego i trzymać się wcześniej wyznaczonego planu, czyli finalnego doprowadzenia Dreghone'a do spotkania z wymiarem sprawiedliwości. Jego przekonanie nie podlegało żadnej dyskusji. To emocje zasiały w nim taką ślepą pewność siebie. Saso dostrzegał to bardzo dobrze i traktował jako świadectwo zaangażowania w sprawę i cennego przywiązania do grodu, ale musiał zachować niezmącony osąd, a potwornie subiektywne stanowisko Daakmana skutecznie mu to utrudniało. Dlatego do tych i kolejnych słów skazańca zamierzał podejść już z większą rezerwą.

– Będę wobec ciebie szczery, chłopcze. – zaczął Forrus, przewracając kolejne strony raportów z Rainerish, do których złożenia Saso został natychmiastowo zobowiązany. – Dużo tu przekłamań, nieścisłości, generalizowania i wyolbrzymiania zasług wątpliwej wartości. Ciężko będzie ci się obronić przed wotum nieufności, które wkrótce złoży mi pan Dar Cylles. – w tym momencie wymienił spojrzenie z Romarianinem.

– Odnośnie twojej niekompetencji i niesubordynacji. – zęby Arca zabłysnęły w fałszywym uśmieszku. – Daleko ci do prawidłowo pełniącego swoją funkcję kasztelana. To, co wyprawiasz w tym małym, górniczym grodzie jest niedopuszczalne. Dołożę wszelkich starań, aby...

– Przyszedłem tu rozmawiać z gubernatorem Forrusem czy może z jego żałosnym wypierdkiem?

– Jak śmiesz odnosić się tak do przyszłego królewskiego Protektora?! – Arc wysyczał w oburzeniu. – Gubernatorze! – zwrócił się prędko do Forrusa, licząc na jakąś ostrą reakcję z jego strony. Ale gubernator nie wyglądał na takiego, który zajmowałby się prowadzeniem mediacji. Nie oderwał nawet wzroku od pergaminowych kartek, na których zawarte było źródło wszystkich przyszłych haczyków, które zgromadzi przeciwko Saso, by całkowicie go pogrążyć. Gdyby nie ta przeklęta ściana, żaden z nich nawet nie kiwnąłby palcem, nie skierował wzroku w stronę płonącego Rainerish.

To wyglądało tak, jak by ktoś dopilnował, by góra dowiedziała się o tym tajemniczym znalezisku. Arc powiedział Saso: „W szeregach masz zdrajcę". Czy była to sugestia, że ktoś powiadomił go konkretnie o pokrytym hieroglifami kawałku muru? Kiedy Arc przybywał z inkwizytorami do Rainerish, Saso łudził się, że Romarianin nie zdaje sobie sprawy z dziwnego obiektu w korytarzu dwa-cztery-pięć-sześć-osiem. Obecnie nie było już żadnych wątpliwości, co do poinformowania Arca w momencie pojawienia się w grodzie. Przybył tam w jasno wyznaczonym celu, świadomy powagi sytuacji i odkrycia, które się tam dokonało. Wiedział też Forrus, który bez dwóch zdań z dużym wyprzedzeniem planował już swoje kolejne, śmiertelnie wyrachowane ruchy. Wiedzieli i na jego nieszczęście bardzo szybko to wykorzystali. Szybciej niż mógł się tego spodziewać. Wszystko dzięki przypuszczalnemu kapusiowi. Być może był nim sam Dreghone? Wykorzystali go, a teraz chcą udupić. To byłoby w iście królewskim stylu. Nie okaże zdziwienia, kiedy prawda ujrzy światło dzienne. A miało stać się to już bardzo niedługo.

– Obawiam się, że pan Garre pociągnie cię za sobą. – Forrus kontynuował. – Zaraz po tym, jak zostanie zamknięta sprawa podpalenia i morderstwa, przyjrzymy się tobie. Twój ojciec na pewno nie byłby dumny.

– Szkoda, że nie może tego zobaczyć. Ale już za późno. Po takim czasie robaki zwykle zdążą wyjeść oczy. – Arc nie powstrzymywał się przed zgryźliwościami. Niestety nie poruszały one kasztelanem, wręcz przeciwnie, traktował je jako rozluźnienie napiętej atmosfery.

– To ci się udało. – w odpowiedzi wysłał oczko.

– Zostaniesz zmuszony do poniesienia częściowej odpowiedzialności za doszczętne spłonięcie tych kilku domów i nieumyślne spowodowanie zagrożenia dla zdrowia i życia mieszkańców twojego grodu. Będziesz także oskarżony o zatajenie przed zwierzchnictwem odkrycia na skalę światową, które samo w sobie mogło wytwarzać poważne niebezpieczeństwo, nie tylko dla najbliższej okolicy, ale i dla całego państwa.

Brzmiało poważnie. I bez wątpienia były to ciężkie oskarżenia, szczególnie to ostatnie, wspominające o całym królestwie. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. W grę wchodziło tyle przewinień i będących odpowiedzią na nie kar. W najlepszym wypadku straci stanowisko kasztelana i posiedzi kilka miesięcy w okręgowym więzieniu. W najgorszym weźmie udział w jednostronnym rejsie na Wygnańczą Wyspę, do ręki wręczy mu się miecz bądź kawałek stali, którym będzie mógł wyrządzić krzywdę i powierzy jego życie ścieżkom losu. Ale to była najgorsza możliwość, a myślenie o niej wcale nie pomagało rozładować narastającego napięcia. Dlatego nie będzie zajmował sobie tym teraz głowy. Trzeba było ratować to, co się jeszcze dało.

Nieważne, co zasugeruje mu Arc w wotum, będzie bronił swojej niewinności i udowadniał własną rzetelność i kompetencje. Mógł liczyć na wsparcie Stoggi, bo chociaż zarządca okręgu grodowego często zrzędził i bardzo surowo traktował kasztelana Rainerish, wiedział, że jest po jego stronie i w przypadku złożenia takiego wniosku wstawi się za nim. To samo tyczyło się Roque'a Haddowa. Miał on pewne kontakty z obecną władzą i mógł je wykorzystać, by zachować Saso na swoim stanowisku. Obawiał się tylko jednego: jeśli Forrus, sam wielki i potężny gubernator Dzielnicy Czwartej, uweźmie się na nim, żaden byle Stoggia czy małomiasteczkowy głupek Haddow już go nie uratuje. A jeśli Dar Cylles dalej zamierzał siać swoją zakłamaną propagandę, szanse na to drastycznie wzrastały.

Planował zapytać o coś na tym spotkaniu już od dłuższego czasu, ale spodziewał się, że zabraknie mu odwagi. I faktycznie, niewiele pewnie zyska z odpowiedzi, ale czy mógł cokolwiek przez nią stracić? Niech będzie, zrobi to. Spojrzał na Forrusa. Ten ciągle przeglądał dokumenty z tym samym, nieco obrzydzonym wyrazem na twarzy.

– Chcę wiedzieć, co jest za tą ścianą.

Prawie, jak by wydał rozkaz. Ci dwaj, napuszeni pyszałkowie z pewnością nie będą zadowoleni z brzmienia tego „pytania". Czekał na przypuszczenie okrutnej kontrofensywy. Ale żaden z nich nawet się nie zaśmiał, na zakpił z jego bezczelności. Gubernator wreszcie oderwał wzrok od zszytych pergaminowych kartek i skierował głowę w stronę Saso. Nie patrzył w twarz kasztelana, tylko w martwy punkt. Myślał.

Ten moment uświadomił Saso jak istotne i zarazem niebezpieczne było odkrycie w kopalni. Tam musiało znajdować się coś okropnego. Coś, co wywoływało trwogę w umyśle samego Forrusa. Nawet nie próbował ukrywać, że na krótki ułamek sekundy odpłynął w inne miejsce. Arc otworzył usta, a Forrus wystawił palec, który miał Cyllesa uciszyć.

– Nawet jeśli bym ci powiedział, chłopcze, twój malutki móżdżek nie byłby w stanie tego pojąć. Zainteresuj się czymś pożytecznym, pomyśl jak możesz wbić gwóźdź do trumny twojego niedoszłego skarbnika. To coś na twój poziom.

Traktował go jak pełzającego robaka, którego mógłby zgnieść jednym kiwnięciem palca.

– Mam prawo wiedzieć. – na twarzy Saso pojawiła się determinacja.

– Masz prawo zamknąć gębę i stosować się do moich poleceń. Jeśli mówię, że to wiedza nieprzeznaczona dla ciebie, jest to wiedza nieprzeznaczona dla ciebie. Jeśli mówię, żebyś zajął się czymś innym, znaczy to, że masz zająć się czymś innym. Taka mróweczka jak ty nie będzie mówić mi o swoich prawach. To dla ciebie ogromny zaszczyt i niespotykane szczęście, że siedzisz teraz naprzeciwko mnie i rozmawiasz, mając możliwość spojrzenia mi prosto w oczy. Doceń to i zachowuj się jak przystoi na rozpieszczonego bachora twojego gryzącego ziemię ojca. Nie nauczył cię, że trzeba znać swoje miejsce? Może dlatego skończył tak, a nie inaczej, bo sam nie pojął tej lekcji, którą usilnie próbowano mu wpoić. Jeśli to wszystko, możesz wyjść i najlepiej nigdy nie wracać, bo mam już dosyć patrzenia na twoją parszywą, wieśniacką mordę.

– Twardy z pana zawodnik.

Wstał i opuścił komnatę, czując na sobie spojrzenie uradowanych oczu Arca. Nie pokazał, że go to ruszyło. Czyż nie zachował się z godną jego osoby klasą i finezją? Może i tak, ale w rzeczywistości najchętniej złapałby w tamtym momencie Forrusa za jego kolorowy, bajerancki kubraczek i wywłókł za okno, tak żeby mógł rozkwasić się na ziemi, siedem pięter niżej. Gubernator mówił z takim jaszczurczym spokojem. Jego ciało, wygodnie usadowione na zdobionym złotem krześle, nawet nie drgnęło. Na pewno miał doświadczenie w uświadamianiu innych jak mali są wobec niego. Saso tego nienawidził. Duma i wewnętrzna pycha nie pozwalała mu tego przetrawić. Jeszcze zemści się za te słowa. Nadejdzie czas zapłaty.

Dziesięć minut do rozprawy. Zegar słoneczny na dziedzińcu, na którego można było wyglądać przez okno, miał zaraz wskazać godzinę czwartą po południu. Słońce nabrało jaskrawo-pomarańczowego koloru i świeciło prosto w oczy Saso. Czekał, wraz z Daakmanem i Drakiem na korytarzu, przed ogromną salą audiencyjną, gdzie miał odbyć się proces. Po drugiej stronie, w klatce siedział Dreghone, przerażony i otoczony strażnikami. Obok Arc, o szyderczym uśmiechu i banda jego równie obłudnych podwładnych, ubranych w śliczne, białe koszule i długie, ciemnofioletowe szaty, ciągnące się po podłodze. Korytarz był bardzo długi i wypełniony ludźmi i nie tylko, tak więc obydwie, krańcowe strony z ogromną trudnością nawiązywały kontakt wzrokowy. Chociaż Saso doskonale był w stanie sobie wyobrazić wyraz twarzy Dara Cyllesa. Ledwo, co powstrzymywał się od wymiotów.

Wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu, na którym zapisał sobie wszystkie najważniejsze fakty, mogące mu się przydać w rozmowie z sędziami. Nie mógł już sobie przypomnieć, który to raz, jak je czytał, dostrzegał jednak pewną, istotną różnicę. Dla niego one nie mówiły już o jednoznacznej winie Dreghone'a, a były tylko sygnałami, że Garre ze sprawą ściśle jest powiązany. Christoph Kitta jedną rozmową obrócił jego poglądy do góry nogami. Nie podobało mu się to. Zdawał sobie sprawę, że ciężko go zmanipulować, jest nazbyt silną osobowością, by ulec takim podłym sztuczkom. A jednak, jakimś cudem, białowłosy tak go przegadał, że mimowolnie zaczął powoli wierzyć w spisek dokonany na Dreghonie. Absurd.

Rozbrzmiał dzwon. Wszyscy byli proszeni na salę. Już czas.

Ruszył w stronę ciężko otwierających się wielkich drzwi, za którymi czekały już na niego niewątpliwie zapierające dech w piersiach wrażenia. Znikąd pojawił się Christoph. Po prostu wyskoczył z wiecznie przemieszczającego się tłumu i znalazł się za plecami kasztelana. Usta miał zaciśnięte, wyglądał na zdeterminowanego.

– To ostatni moment. Powiedz Dreghonowi, by się przyznał. Zrób to. Tylko tak będę mógł go stamtąd wyciągnąć. Przecież sam już wiesz, że jest niewinny.

Nie. On mu tylko wmówił, że jest niewinny. Do ostatniej chwili niczego w życiu nie będzie pewien.

– Znaleziono tyle dowodów, jednoznacznie wskazujących winę Dreghone'a. Wiesz jak inteligentny jest, nie popełniłby tylu głupstw na swojej drodze. To wszystko jest mistyfikacją, sprytną machinacją. Ktoś odpowiada za obarczenie go całą winą. Być może prawdziwy sprawca. Posłuchaj, wpadłem na trop. Gdybym miał tylko więcej czasu, mógłbym ci to lepiej udowodnić.

W ogóle mi tego nie udowodniłeś. Wszystko, co mówisz to twoje osobiste domysły.

– Mam wrażenie, że to tylko część ogromnej układanki, w którą zaangażowany nie jest wyłącznie twój gród i twoi ludzie. Mam złe przeczucia, jeśli one się sprawdzą...

Człowiek nie może zawierzać wyłącznie uczuciom. One są zgubne i nie oddają rzeczywistości.

– Saso Phol. Chcę ci tylko pomóc. Twój ojciec nigdy nie wybaczyłby mi, gdybym pozwolił wpakować cię w takie bagno...

Christoph złapał go za ramię. Ciało przepłynął potężny impuls.

– Zabieraj to! – rozległ się stanowczy głos Daakmana. Odepchnął Christopha. Te kilka sekund pozwoliło zniknąć Saso pośród tłumu. Mógł liczyć na skazańca.

Seul Legion zajmował miejsce na podwyższeniu. Był Tionem. Sina skóra, fioletowe usta i puste, pozbawione źrenic i tęczówki ślepia, podkrążone ciemnymi worami. On miał zarządzać rozprawą. Wybór go na stanowisko sędziego wywołał wiele kontrowersji, szczególnie tych na tle rasowym. Otóż społeczeństwo sadaaliańskie nie przepadało za Tionami i uzewnętrzniało swoje uprzedzenie do nich wielokrotnie. Rasę kojarzono jako wyrachowanych, bezwzględnych cwaniaków o ogromnym zamiłowaniu do polityki i władzy, łasych na bogactwo i przywileje. Tak przynajmniej słyszał od Dreghone'a, jakieś trzy tygodnie temu, kiedy chłopak opowiadał o książce traktującej o zróżnicowaniu rasowym w królestwie, którą dane mu było przeczytać jeszcze przed trafieniem do Rainerish. Zawsze chętnie dzielił się ogromną wiedzą, którą posiadł. Faktycznie był to człowiek bardzo inteligentny i oczytany, tak jak chwilę temu przypominał mu o tym Christoph. Och, jeszcze trochę i zacznie mu być żal Dreghone'a i losu jaki go czekał. Trzeba było mocno potrząsnąć głową i wyrzucić z siebie te rozczulające myśli.

Zasiedli na wyznaczonych im miejscach. Legion nie tracił czasu. Odchrząknął i zaczął.

– W imieniu króla Rengara Pierwszego Tego Imienia otwieram proces mający wyjaśnić okoliczności i wskazać sprawcę podpalenia domostwa kasztelana Saso Phola, które to doprowadziło do rozprzestrzenienia się ognia i doszczętnego spłonięcia ośmiu domów, stworzenia zagrożenia zdrowia i życia dla mieszkańców grodu Rainerish oraz morderstwa z zimną krwią sześciu górników. Główny oskarżony – ręką wskazał na klatkę przeniesioną do audiencyjnej sali. – Dreghone Remin Garre.

Nie wspomną o ścianie. Wystarczyło im, że dowiedziała się już znaczna część Rainerish. Że wiedział on, jego bliscy współpracownicy i podwładni, wiedział sam oskarżony – Dreghone. Pomyśleć, co by działo się w państwie, gdyby przypadkiem wyszło na jaw to tajemnicze odkrycie. Jeśli Forrus się go obawiał, to znaczy, że zapanowałby chaos i poruszenie. Pomyśleć, że wszystko dla jednej ściany zakopanej głęboko pod ziemią. Ściany, z której emanowała ogromna, nieznana moc, ta sama, którą odczuwał w towarzystwie Christopha czy Daakmana, ale z co najmniej potrojoną siłą. Oby nigdy świat się o niej nie dowiedział i oby nigdy nie musiał patrzeć na świat pogrążony w chaosie.

– Wszystko zaczęło się od pożaru w domu kasztelana Saso Phola, zarządcy grodu. – zaczął Arc. Pełnił funkcję oskarżającego. – Specjaliści potwierdzili, że ogień został podłożony. Tak więc już na samym początku możemy stwierdzić, że komuś zależało, by miejsce, w którym pan Phol spał, gdyż działo się to pod osłoną nocy, strawił żywioł.

Co ty, *****, nie powiesz?

– Ktoś chciał pozbyć się pana Phola. W końcu była to noc, podpalacz był przekonany, że, najpewniej jego przełożony, jest w środku. W jakim celu miałby to uczynić?

Tłumaczył wszystko, jak by Seul Legion był wyjątkowym idiotą i każdy ciąg przyczynowo-skutkowy trzeba było mu rozkładać na czynniki pierwsze, tak żeby dobrze zrozumiał. Ale w rzeczywistości to nie z Legionem rozmawiał jak z dzieckiem, a z zasiadającymi ławnikami, będącymi częścią bardziej zamożnego społeczeństwa Allenstenium. Mieli swoje pięć minut, w którym dzielili się z sądem swoją opinią. To, że mieli pieniądze nie było jeszcze równoznaczne z tym, że mieli także coś w głowach, Arc świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Na nieszczęście Saso, przy pomyślnych wiatrach tak szczwanie zdezorientuje ławników, że powtórzą to, co Arc zażyczy sobie, aby było powtórzone. Wykalkulowaną manipulację rozpoczął więc już od pierwszych słów, co oczywiście niezmiernie ucieszyło Saso.

– Płomienie niefortunnie nie odnalazły większych trudności i szybko się rozprzestrzeniły, zabierając ze sobą nie tylko chatkę kasztelana, ale także siedem innych. Pozbawiły tym samym dachu nad głową niewinnych obywateli. Byli też ranni. Kilka osób w stanie krytycznym. Dosłownie otarli się o śmierć, ale dzięki dostatecznie szybkiej pomocy z rąk medyków z samej stolicy, których osobiście tam sprowadziłem, obecnie nic im już nie grozi. Bez wątpienia człowiek, który dopuścił się tego czynu, odpowiada za pogrywanie ludzkim życiem. Ono dla niego nic nie znaczy, posługuje się nim jak zabawką. Dlatego też nie możemy dopuścić, by uszło mu to na sucho. Jeszcze dzisiaj musimy wskazać sprawcę. W Sadaali nikt nie pozwala na bezkarne tak okrutne traktowanie drugiego człowieka.

Co za pierdolenie. Saso ciężko było tego słuchać. Ale szanował umiejętności Arca. Doskonale używał języka do wygłaszania swoich racji. Był mówcą.

– Winny tej tragedii prawdopodobnie dopuścił się także czynu morderstwa. Pozbawił życia sześciu, dorosłych, pracowitych mężczyzn. Zwłoki zaciągnął do lasu i próbował ukryć, zakopując je pod ziemią. Nieskutecznie! Moim ludziom w porę udało się je odnaleźć, tak by zapewnić im godny pochówek. Zrobił to, gdyż najprawdopodobniej poznali prawdę o nim. Stanowili dla niego zagrożenie. Musiał dbać o swoje dobre imię.

Arc zbliżył się do klatki. Dreghone siedział bez ruchu, wpatrując się w ziemię. Był wystawiony na tyle obcych mu spojrzeń. Każdy patrzył karcąco, z pogardą i pragnieniem zadośćuczynienia. Cylles ledwie zaczął, a tłum wypełniający audiencyjną komnatę uznał Dreghone'a za bezapelacyjnie winnego. To było po myśli romariańskiego członka Najwyższego Zgromadzenia. Najpierw zapoznał ludzi z sytuacją, korzystając ze wstrząsających i poruszających określeń, budował zdania, tak aby wszyscy tu obecni zostali zaangażowani w tę historię, aby potrafili wejść w skórę poszkodowanych i uświadomić sobie jak straszliwym występkiem było to podpalenie. Oni się zagotują, a on za chwilę całą tą wściekłość i rozgoryczenie przeleje na Dreghone'a, odpowiednio argumentując dlaczego pewnikiem jest jego odpowiedzialność za to zdarzenie. Cóż za obłuda, lepiąca się do wystawionych zębów Arca. Dla niego to nie krzywda ludzi, a zatajenie odkrycia ściany było największą zbrodnią. Nie kierowały nim żadne szlachetne pobudki, w które społeczeństwo tak łatwo uwierzyło. Ale to właśnie tacy ludzie jak on najczęściej sięgali po manipulację. Z pewnością wiedział jakim typem bestii jest i jak może to wykorzystać w pięciu się na szczyt. Saso nie mógł nie okazać zrozumienia dla takiego zachowania. W końcu sam był takim potworem. Szkoda, że świat nie miał jeszcze okazji prawdziwie się o tym przekonać.

– Ten mężczyzna! – otwartą dłoń energicznie skierował w stronę więźnia i wykrzyczał. – On jest winowajcą cierpienia, tej nieznośnej niesprawiedliwości, która trafiła w biednych, poczciwych mieszkańców tego małego grodu gdzieś na dalekim krańcu naszego wspaniałego królestwa! Posłuchajcie ludzie z kim macie właśnie do czynienia!

Arc wyjął kartkę i zaczął odczytywać.

– Dreghone Remin Garre, starszy syn Slave'a i Catharine Garre, bardzo majętnej rodzinki. Obecnie ma dwadzieścia sześć lat. Jeszcze kilka dni temu beztrosko pełnił funkcję skarbnika w Rainerish. – Cylles oderwał wzrok od tekstu i ponownie zwrócił się do tłumu, ławników i samego Legiona, szyderczo się uśmiechając. – Nawet nie wiecie państwo, cóż to za ironia. Chyba kasztelan tego przeuroczego miejsca nie do końca sobie zdawał sprawę z powodu, dla którego nasz jegomość do grodu, jako wymiar kary, trafił. Trzeba też przyznać panu kasztelanowi Saso Pholowi, który jest tutaj dzisiaj z nami obecny – wskazał na niego. – że wykazał się niesamowitą bezczelnością w stosunku do własnego zwierzchnictwa, jakim jest przecież całe państwo, a także wy, obywatele. Przecież jasno wyrażona była rola, jaką ma odgrywać pan Dreghone Garre w rainerishiańskim systemie. Miał odpracowywać swoje przewinienia, poprzez pracę w kopalni. Król w swej wielkości zdecydował, że ciężką pracą i potem przestępstwa, których się dopuścił będzie mógł wymazać z królewskiej łaskawej pamięci. Natomiast kasztelan Phol uznał, że trzeba wynieść takiego zaplutego oszusta na piedestał i przydzielić mu tak odpowiedzialne zadanie jak opieka nad skarbem całego grodu i odpowiednie jego wydatkowanie. Pan Phol dosłownie splunął na słowo króla i postanowił, że będzie robił, co mu się tylko podoba. Jak tak można, moi mili?! Gdybym tylko dostrzegł tę sprawę prędzej, zrobiłbym tam odpowiedni porządek!

Kto tu jest zaplutym oszustem? Saso nie miał nikogo lepszego na to stanowisko, Dreghone był naprawdę najlepszy. Starał się go mieć na oku i aż do tej pory wydawało mu się, że robi to co najmniej zadowalająco. A co do jego przestępstw, za które trafił do Rainerish: to były oszustwa, krętactwa, z których czerpał jakieś zyski. Może nie był świadomy, co to konkretnie było, ale czy w jakikolwiek sposób cokolwiek by to zmieniło?

– Dreghone Garre pracował jako skarbnik także w interesie ojca. I wiecie co? Aż przez dwa lata podstępnie udawało mu się wykradać gromadzone z działalności pieniądze, ukradkiem, aby nikt nie dostrzegł niczego podejrzanego. Bardzo profesjonalnie i konsekwentnie wprowadzał błędy w raportach i wszelkiej dokumentacji. Slave Garre postanowił nauczyć chłopaka wartości jaką przedstawia pieniądz, tak więc też zmusił Dreghone'a do samodzielności i samowystarczalności, objawiającej się poprzez życie na własny koszt, zarabiania na siebie. Ale Dreghonowi się to nie spodobało. Wraz z furtką do majątku, którą ojciec zamknął mu przed nosem, wpadł na genialny plan jego okradania. Niesamowity tupet. Na pewno nie odziedziczył go po bardzo mądrym ojcu, więc może po matce?

Dreghone znów zakrywał dłońmi twarz. Ten widok nie sprawiał, że ludzie nagle zaczęli darzyć go sympatią, wręcz przeciwnie – tylko się pogorszyło. Nikt nie lubił oszustów. A już szczególnie takich, którzy w swoje krętactwa wciągali najbliższych. Nawet Saso nie mógł przymknąć na to oko. Nie znał tej historii i szczerze go przejęła. Jak jednocześnie chciwym i leniwym człowiekiem musiał być Dreghone? Może rzeczywiście gdyby wiedział to wcześniej nie pozwoliłby Garre'owi zostać na stanowisku skarbnika.

– Jak tylko ojciec się dowiedział, porządnie się zdenerwował i wszystko zgłosił odpowiednim organom. I słusznie, postąpiłbym tak samo, nieważne czy w grę wchodziłby fakt, że to moje dziecko. Widocznie uświadomił sobie, że źle wychował bachora i trzeba go szybko doprowadzić go do porządku. Prędko stało się to, co powinno wydarzyć się już dużo, dużo wcześniej. Dreghone trafił do więzienia. Ale ojczulkowi zmiękło serduszko i wykorzystał swoje znajomości do złagodzenia kary, którą jego syn musiał odbyć. Możemy mu to wybaczyć, moi mili. Chyba wiemy, co znaczy ojcowska miłość. Tak też Dreghone Garre trafił do Rainerish, gdzie postanowił kontynuować wykorzystywanie swoich nieczystych umiejętności.

Ludzie zaczęli rozmawiać pomiędzy sobą, wskazywać palcem na oskarżonego i skandować pierwsze nieprzychylne mu epitety. Arc bardzo się z tego powodu ucieszył, co zresztą cały czas można było dostrzec na jego twarzy. W tym samym czasie, znów ni stąd, ni zowąd pojawił się Christoph i bez większych oporów przysiadł się do Saso. Daakman natychmiastowo zmierzył go groźnym spojrzeniem.

– Quiller mnie chyba nie lubi.

– Zastanawiam się, czy powinienem się mu dziwić.

– Zobacz, co narobiłeś. Ten chłopak jest na skraju załamania. Ci wszyscy ludzie, oni zjedzą go samym wzrokiem. Dar Cylles jest w wyjątkowej formie. Jeśli dalej będzie mu tak dobrze szło, wyrok dla Dreghone'a będzie bardziej surowy niż moglibyśmy się tego kiedykolwiek spodziewać. A trzeba pamiętać o tym, że Seul Legion sam w sobie jest sędzią nadzwyczajnie bezwzględnym i brutalnym w wymierzanych karach.

– Dreghone sobie na to zasłużył.

– Ty już w to nie wierzysz. Udało mi się ciebie przekonać. – na twarzy Christopha pojawił się delikatny uśmiech.

– Siedź cicho.

– Dreghone Garre w Rainerish, co prawda nie pobierał grodowych pieniędzy wedle własnych upodobań, ale robił coś równie obrzydliwego. – kontynuował Arc. – Podbierał zapasy. Sąd zapyta mnie w jakim celu. A ja odpowiadam: ponieważ miał już dosyć tego miejsca, warunki, w których tu żył zbyt różniły się od tych, które zapewniał mu jego własny dom. Ale, ale – Cylles pokiwał palcem. – Nie zamierzał opuszczać Rainerish z pustymi rękoma. Zamierzał dostać się do miejsca, w którym dokonano odkrycia na ogromną skalę, a o którym nie mogę państwu więcej powiedzieć ze względu na pilnie strzeżoną tajemnicę. Sąd wie o czym mówię. Otóż spodziewał się odnaleźć tam niezmierzone bogactwo, które ustawiłoby go do reszty życia. Och, jestem pewien, że z cieknącą ślinką marzył o tym, co zrobi już, kiedy do fortuny dobiorą się jego brudne łapska. Aby tego dokonać musiał zwrócić uwagę całego grodu na coś innego, tak aby swoje plany mógł urzeczywistnić niezauważenie. Tak też, ku państwa zaskoczeniu, skontaktował się z lokalnymi opryszkami i jakimś cudem przekonał ich do podpalenia domu samego kasztelana. Upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu, w końcu śmierć mógł ponieść też ostatni człowiek, który do utraty tchu w przyszłości walczyłyby o jego skazanie za nieudaną próbę kradzieży. Tak więc doszło do pożaru, pan Phol niestety przeżył, ale szczęśliwie zamieszanie na zewnątrz odwróciło uwagę władz grodu od tego, co działo się pod ziemią. Uwaga, teraz najlepszy moment: okazało się, że niezachwiana wola pana Garre'a nie poradziła sobie z zabezpieczeniami, odgradzającymi go od bogactwa. Gdy już uświadomił sobie, że nic nie zdziała, rozpoczął wykonywanie planu B. Spotkał się z opryszkami i zamordował. W końcu nie mógł pozwolić sobie, by przy życiu pozostali ci, którzy wkrótce mogliby zakwestionować wiarygodność jego alibi. Okrutnie pozbawiając ich daru, jakim jest życie, dokonał ogromnego niedopatrzenia. Tak zabrudził sobie krwią ubranie, że został zmuszony je zmienić. Zapomniał o butach, całych w szkarłatnej cieczy. Odnalazł je ktoś i tak naprowadziło to nas na jego trop. Także geolog grodu, pan Drake Lunnister, obecny na sali, widział jak Dreghone Garre ciągnie związanych zakapiorów do lasu. Warto wspomnieć, że w noc pożaru oskarżonego nie było w domu. To również fakt dostarczony przez pana Lunnistera. Zresztą, może pozwólmy mu się wypowiedzieć.

Drake wstał i zaczął mówić.

– To ostatnie chwile, w których możesz to wszystko uratować. Dreghone musi się przyznać. – Christoph nie odpuszczał.

– Uratować? Nie wyglądasz na żartownisia, a dowcipami sypiesz jak z rękawa. Przecież każdy aspekt jasno wskazuje na winę Dreghone'a. Nawet ja, tak nieodporny na twój niesamowity dar przekonywania człowiek, nie mogę uwierzyć, że jego ręce są czyste. Dlaczego w ogóle tak ci zależy na sprawiedliwości, w którą tak uparcie wierzysz?

– Za wiele niewinnych ludzi zapłaciło już za czyjeś winy. Dreghone zaraz będzie kolejną taką osobą, jeśli nie pozwolisz mi działać. Ten chłopak naprawdę nie ma z tym nic wspólnego. Chcesz, żeby resztę życia spędził za kratkami, jak jakiś przestępca?

– Ten chłopak jest przestępcą. Wykorzystał swoją rodzinę.

– Ale zapłacił już za to, natrafiając na ciebie i twój gród.

– Dokładnie. To był dopiero początek jego zapłaty. Ja zapewnię mu dożywotnią możliwość zadośćuczynienia całego zła, którego się dopuścił.

– Jak możesz być taki nieczuły? – Christoph spojrzał na Saso ze szczerym niedowierzaniem.

– Jak możesz być taki naiwny? – skontrował z zaciśniętymi zębami.

Minęło następne dwadzieścia minut, w których przed Seulem Legionem odpowiadał Drake, Daakman, a także Saso. Zbliżał się moment ostatecznego wyroku. Sąd miał już wystarczająco dużo danych, aby móc podjąć decyzję.

– Spójrz na tych biednych ludzi. – Christoph próbował przekonać Saso do ostatniej kropli krwi. – Oni nawet nie znają Dreghone'a. Kilka odpowiednio przedstawionych faktów, nawet niekoniecznie prawdziwych i darzą go taką czystą, ślepą nienawiścią, jakby znali się z nim od lat, a do tego on wymordowałby im jeszcze wszystkim matki. To jest właśnie manipulacja. Ułuda, którą tworzy się, by osiągać własne cele. Prawdziwemu winowajcy zależy, by za jego czyn został ukarany ktoś inny. Arcowi zależy by obarczyć kogoś winą o zatajenie odkrycia i niewystarczająco szybkiego poinformowania o nim góry. On nie może się wręcz doczekać zakończenia procesu. Po nim będzie mógł nareszcie podjąć kroki mające na celu przebicie się przez tą ścianę i wykorzystanie tego, co za nią znajdzie. Jak myślisz, co tam jest? Ja wiem. I on także się domyśla, ale nikomu tego nie przyzna. Uwolnienie tego uruchomi gigantyczną machinę nieszczęść, ale już za późno, by tego uniknąć. Teraz trzeba starać się, by zagłada, jaka nadejdzie, przyniosła jak najmniej strat. Dreghone Garre jest jedną z nich. On musi być wolny. Musi ci pomóc w zbliżającym się czasie wielkich wyzwań i walki.

– To pełen niepotrzebnego patosu bełkot. Idź zająć się lepiej pisaniem jakiejś książki, Christoph. Przelej swoją wybujałą wyobraźnię na pergamin, obiecuję, że pomogę ci wypromować twoje dzieło, kiedy będzie już skończone.

Nic się nie zbliżało. Tą moc i ścianę można było jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Musiało być na to wytłumaczenie. Po prostu musiało.

– To nie fikcja. To rzeczywistość. A ty wkrótce staniesz się jej częścią. Z lub bez mojego wkładu w wprowadzenie cię do niej.

Seul Legion wstał i odchrząknął, tak jak miało to miejsce na samym początku. W oczach pustka, ciężko było stwierdzić co teraz czuje, co myśli. Niezwykle osobliwa rasa, bardzo odosobniona. Zapewne po czasie, jaki przepracował w roli sędziego, nie bardzo przejmowała go świadomość, że od jego wyroku zależy całe życie jakiejś istoty. Że tym, co powie może kogoś uratować bądź zniszczyć. Niesamowicie odpowiedzialna praca, ale Legion był z pewnością wystarczająco skorumpowany, by o tym zapominać. Nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że wyrok na Dreghonie dawno jest już przesądzony. Że Forrus wydał już wcześniej odpowiednie polecenie, a to, czego był świadkiem przez ostatnią godzinę, cała ta rozprawa, była tylko szopką mającą zachować pozory zdrowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości w umysłach społeczeństwa. Czy ktokolwiek z nich, z tego obrzydliwego stada baranów, w ogóle zastanowił się nad wiarygodnością tego organu, nad jego niezawisłością? W świątyni kochali boga, którego wskazał im kapłan, w sądzie nienawidzili człowieka, którego wskazał im sędzia. Co za zbiorowisko tępych idiotów. A on, jeden z nich.

Ale było już za późno. Świadomość farsy, która właśnie się dokonała nie zdążyła dotrzeć do niego o odpowiedniej porze. Arc skutecznie przekonał do swojej racji nie tylko tłum, ławników i sędziego, ale również Saso. Tego, którego umysł zawsze jest niczym niezmącony. Ten, który zawsze kieruje się pragmatyzmem i racjonalizmem. Zabrakło wiary w słowa Christopha.

– W imieniu króla Rengara Pierwszego Tego Imienia uznaje Dreghone'a Remina Garre'a winnego zarzucanych mu czynów i skazuje na wygnanie z królestwa Sadaali i zesłanie na tereny Wygnańczej Wyspy, gdzie spędzi resztę swojego życia.

Wzrok pokierował na Dreghone'a. Odnalazł w sobie tą odwagę tylko dlatego, że Dreghone nie patrzył. Siedział skulony na zimnej podłodze. Ludzie wrzeszczeli, onanizowali się pomiędzy sobą na wieść o zadowalającym wyroku. Jak zwierzęta. W tej jednej chwili poczuł ogromną nienawiść do zwierząt. A najbardziej z nich wszystkich wstręt poczuł do człowieka.


Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...vi-a13916/

ROAD TO REDEMPTION
04-10-2016, 09:20 AM
Post: #2
RE: Legenda. Część pierwsza: Rozdział VI
Spoko legenda fajnie czasami coś poczytać tego typu

Hm... Acy, acy, my jesteśmy Polacy ^^
07-20-2016, 10:20 PM (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-03-2016 08:34 PM przez ponek.)
Post: #3
RE: Legenda. Część pierwsza: Rozdział VI
Super, nie lubię zbyt czytać, ale to sam przeczytalem Uśmiech Dobra opowieść


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości