Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 2 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział I
02-28-2016, 06:41 PM
Post: #1
Legenda. Część pierwsza: Rozdział I
LEGENDA

Kamień Filozoficzny

Rozdział I

WĘŻE W MOJEJ GŁOWIE



Śnieg wchodził mu pod ubranie, ale nie miał zamiaru się tym przejmować. Myślał o przyszłości, o tym, co go czeka, o wszystkich problemach, z którymi wkrótce miał się zmierzyć – to w najgorszym wypadku. W najlepszym jego życie uległoby tylko drobnym zmianom, ale nie pokładał w tej utopijnej perspektywie wiele nadziei. Szanse były niemalże równe zeru. Za chwilę miał zderzyć się z przyśpieszonym procesem dorastania. Nie chciał tego. Do tej pory było mu dobrze. Zdążył przyzwyczaić się już do tej beztroski.

Widok na zachmurzone niebo przysłoniła mu sylwetka jego matki. Jej ciało całe drżało, mimo grubego, skórzanego płaszcza. To pewnie nie z zimna, tylko z płaczu. Twarz zalaną miała łzami. Dość miała zmartwień, a on przysporzył jej kolejnego swoim "zdziecinniałym" zachowaniem. Był ciekawy, co ma do powiedzenia.

-- Wstań. Zrób to chociaż dla siebie, żeby nie zachorować.

-- Przyszedł?

Cisza.

-- W takim razie odejdź.

Zrobiła, co rozkazał. Nie miała już siły na jego zagrania. Wiedział, że nie tak powinien ją teraz traktować. Nie teraz, w tym wyjątkowo trudnym czasie. Ale czuł się taki opuszczony, pozostawiony sam sobie. Wokół tyle zagrożeń, z którymi nigdy do tej pory nie miał do czynienia. Wydawało mu się, że ma prawo do takiego zachowania. To pomoże mu odreagować. A spojrzenia reszty rodziny, tych ludzi, których w zdecydowanej większości tak naprawdę nie znał, nie sprawiały na nim żadnego wrażenia. I tak nikogo z nich jego los nie interesował wystarczająco, by mógł liczyć na ich pomoc. Czasem obrzucili go tylko oskarżycielskim wzrokiem, pozostały czas poświęcali w skupieniu na rytuał pogrzebowy. Modlili się do swojego boga, jakby nagle miał zesłać im ratunek i spokój zadręczonej duszy. Nie istniało coś takiego jak opatrzność boża. Na pewno nie dla niego.

-- Niech wielki Pan, stwórca tego świata, ma swojego syna i naszego brata, Robharta Phola w swojej opiece aż po wieczność. -- Ledwie zabrzmiały słowa zamykające obrządek z ust zdziadziałego klechy. Jeszcze trochę i wyplunąłby płuca. Na pogrzeb przyszedł obłożnie chory: wysoka gorączka i potężny kaszel. Ale to nie pobożność, a pieniądze skłoniły go do podjęcia takiej decyzji. Rodzina Pholów niewątpliwie wyłożyła sporą kwotę, by zapewnić jej głowie godny pochówek. Nie obyłoby się bez kapłana, jedynego w tej zabitej deskami dziurze.

Kiedy uznał już, że dość mu spoczywania pośród śniegowych zasp, nieprzypadkowo w momencie skierowania się korowodu pogrzebowego do kaplicy, oddalonej o porządne kilkaset metrów, w towarzystwie najwierniejszej ze wszystkich towarzyszek – Samotności, stanął przed świeżym grobem jego ojca.

"Robhart Phol, kochający ojciec i mąż", widniało na nagrobku. Przez chwilę zrobiło mu się niedobrze od tych przereklamowanych, ckliwych i do bólu wzruszających podpisów. To pewnie pomysł jego matki. Najgorszy ze wszystkich możliwych.

Ciekawe, co pomyślałby o nim brat. Gdyby tu był potoczyłoby się to inaczej. To on przejąłby włości i obowiązki po ojcu. Poradziłby sobie i godnie reprezentowałby pełnioną funkcję. On, jego młodszy brat, Saso Phol, był tylko rozpieszczonym i rozwydrzonym bachorem, myślącym wyłącznie o przyjemnościach i dobrej, niestrudzonej dużym wysiłkiem, zabawie. Teraz, kiedy porównywał się do swojego brata, dostrzegał tę prawdę, wystawioną jak na tacy. Nigdy wcześniej o tym nie myślał. Ale przeczuwał nadejście czasów koniecznych zmian, poświęceń w imię wyższego dobra, odstąpienia od wygód i zamienienia ich na ciężką pracę. Żałował, że musiało to nadejść.

Jeszcze dwa tygodnie temu rozmawiał z Robhartem. O jakichś bzdurach, nie był nawet w stanie sobie ich przypomnieć. Nie spodziewał się tej śmierci. Przyszła bardzo nagle i przyniosła ze sobą tyle złego. Ci naiwniacy powiedzieliby pewnie, że to znak od boga, że Robhart czymś mu zawinił, tak że ten postanowił go ukarać poprzez niezapowiedzianą, niepoprzedzoną żadną chorobą, śmierć. Niech tylko spróbują. Wrzuciłby do rynsztoku każdego, kto odważyłby się wypowiedzieć podobne słowa w jego obecności. Jego ojciec po prostu miał pecha. Bynajmniej niełatwo zostać śmiertelnie stratowanym przez stado szarżujących wrahnów. To był niefortunny wypadek. Nic już nie przywróci jego życia.

Saso nie uronił po nim ani jednej łzy, nawet teraz, kiedy przyszło na czułe wspomnienia. Bardzo szanował Robharta, był świadomy tego, jak bardzo troszczył się o rodzinę i jak wiele dawał od siebie, ale to nie wystarczyło, by poruszyć jego otoczone grubą, kamienną warstwą serce. Takie momenty jak ten upewniały go tylko w tym przekonaniu. Że coś w jego wnętrzu, w duszy, nie działa tak jak u większości społeczeństwa. Jest bardziej zdystansowane, oddalone od takich emocji jak przywiązanie czy miłość. Nie uważał, że jest przez to popsuty, tylko inny. Tak, zdarzało mu się zastanawiać nad tym co by było gdyby jednak był "normalny", ile bram wciąż stałoby dla niego otworem. Ale myślał też do ilu pozornie niedostępnych bram udało mu się dostać tylko dzięki swej niezwykłości. To nie był koniec. Był pewien, że wyjdzie jeszcze z tego z obronną ręką.

Dłonią dotknął zimnego nagrobka. Znów to poczuł. Coś delikatnie kuło go w brzuchu. Było przyjemne. Wszystko przez chwilę się zatrzymywało. Trzaskający mróz przestał dokuczać. Widok przybitej, zrozpaczonej matki nie był już taki bolesny, sumienie nie odzywało się z taką nieznośną częstotliwością. Nastąpiło wyciszenie, ukojenie wszystkich zmartwień. Nawet jego przyszłość, wypełniona nieprzyjemnymi obowiązkami, postępowaniem tak odmiennym od tego, które obecnie charakteryzował, przez moment nie wydawała się taka przerażająca. Wrażenia całkiem podobne do tych po zażyciu grzybków, jednak dużo głębsze i prawdziwsze, wydobywające się z samego środka, o ogromnej mocy. Znów się w nim odzywało. Nie miał pojęcia, co to. W ciągu tych trzech dni, w których bezpowrotnie utracił kontakt z ojcem, stało się jeszcze silniejsze, pojawiało się w najmniej spodziewanych momentach i było takie rzeczywiste.

To było pożegnanie. Nie zamierzał wracać tu, do Brothissy, jego małej ojczyzny, wioski gdzieś w zapomnianej, północno-wschodniej części królestwa, jeszcze przez bardzo długi okres. To miejsce będzie mu się kojarzyło tylko ze strachem przed dorosłością. Powróci wspomnienie smaku dzieciństwa, niewiążącej się z żadnymi, daleko idącymi konsekwencjami, lekkomyślności i niefrasobliwości. Jeśli zdecyduje się tu kiedyś wrócić, zrobi to tylko jako mężczyzna, nie jako słaby, nieodpowiedzialny chłopczyk, którym jest teraz.

-- Cześć, tato -- szepnął ze smętnym uśmiechem pod nosem i zlizał zebrane pod nim mleko.

Zanim oficjalnie miał przyjąć tytuł kasztelana w spadku, po ojcu na zbliżającym się spotkaniu z jakimiś państwowymi urzędasami, musiał rozwiać jeszcze kilka wątpliwości, dotyczących pewnych zagadnień. Ułatwić miał mu to zbiór ksiąg, który, prócz zaszczytów, otrzymał po ojcu. Był to jego pierwszy kontakt z tą kolekcją i zamierzał dokładnie przestudiować każdą stronę, by możliwie jak najwięcej dowiedzieć się o administracji, polityce, gospodarce, ekonomii i masie innych bzdur, którymi dotychczas interesował się bardzo pobieżnie. Całe szczęście, że nie było to dla niego aż tak nudne, jak mogłoby się wydawać. Do niektórych tematów podchodził z nieukrywanym zaciekawieniem, przyjemność sprawiało mu też konfrontowanie swojej wiedzy z rzeczywistym stanem rzeczy. Zahaczył też o historię, arytmetykę, liznął kilku języków. Sam był zaskoczony tym, jak poważnie podszedł do sprawy, było to do niego całkowicie niepodobne. I nie liczył się dla niego fakt, że robił to w ostatniej chwili, kilka mil przed Allenstenium, małej stolicy dzielnicy Czwartej, gdzie zaplanowano spotkanie. Powiedzenie "lepiej późno niż wcale" nie odstępowało go na krok.

Nauka przypomniała mu o dawnych ambicjach studiowania. Mógłby szkolić się na inżyniera w którymś z prestiżowych, zachodnich uniwersytetów, dzięki finansowemu zapleczu rodziców. Miał bystrą głowę, otwartą na poznanie świata, niejednokrotnie wykazującą się wspaniałą umiejętnością logicznego myślenia. Szybko się uczył, dużo pamiętał i był inteligentny. Znał też wartość wykształcenia i pieniądza, który wiernie się go trzyma, ale zabrakło mu pracowitości i cierpliwości w dążeniu do tego niełatwego celu. A teraz był on już tylko niewykorzystaną szansą, częścią dawnego Saso -- wolnego i mogącego poprowadzić swoje życie w takim kierunku jakim tylko zapragnie. Obowiązki ojca, które spadną teraz na niego, odetną go bezpowrotnie od wszystkiego z nimi niezwiązanego. Im dłużej o tym myślał, tym w ciaśniejszej klatce się sobie wyobrażał, z coraz to węższymi odstępami pomiędzy poszczególnymi kratami. Drażniła go brutalna prawdziwość sztampowego powiedzenia o docenianiu tego, co właśnie się straciło. Nagle okazało się, że niewarci złamanego grosza, wioskowi mędrcy spod gołębników mieli więcej racji niż chciałoby się im to przyznać. Saso stracił możliwość wolnego, samodzielnego wyboru. I to prawdopodobnie nieodwracalnie.

"O czystej krwi", brzmiał tytuł jednej z ksiąg. Wyróżniała się na tle innych już samą oprawą, deska do niej użyta była grubsza, wzmocniona złotymi blaszkami. Była bardziej zniszczona przez czas i właścicieli, których przetrwała. Skąd Robhart miał dostęp do takiego artefaktu? I dlaczego nie zadbał o lepsze miejsce jej spoczynku, wrzucając ją tutaj, do lektur o prawach kasztelana, zasadach działania okręgu grodowego i znaczenia pieniądza w społeczeństwie? Być może zdecydował o tym czysty przypadek.

Woźnica dał znać, że już bardzo blisko. Rzeczywiście, za chwilę mieli znaleźć się pod murami miasta. Coś wzdrygnęło Saso. To chyba stres. Do tej pory był tylko obserwatorem takich spotkań, teraz miał być ich pełnoprawną częścią. Oby nie zrobił jakiejś gafy, nie wygłupił się przed tymi ważniakami. A wiedział, że byłby do tego zdolny.

Otworzył księgę na losowej stronie. "...z obawy przed zagrożeniem z ich strony, zgodnie z demokratycznymi ustaleniami, w życie weszło rozporządzenie traktujące o całkowitej, doszczętnej czystce, która miała ich wkrótce spotkać. W zamyśle nie miał przeżyć nikt obdarzony tym darem. Wypleniona miała zostać też pamięć i wiedza o nich: zajęto się spalaniem ksiąg, niszczeniem należącej do nich architektury, wszystkiego co stanowiłoby ślad po ich istnieniu. Kara śmierci była konsekwencją niesubordynacji wobec kultywowania tego procesu, który przez następne pięć pokoleń drastycznie postępował. Społeczeństwo głęboko wierzyło w ich winę i niebezpieczną odmienność na tle światopoglądowym, religijnym i kulturowym, która miałaby stać się przyczyną utraty stabilności i jedności w królestwie – tym samym jawne sprzeciwy, bunty należały do rzadkości. Ogromną rolę miała w tym, szerzona aż po granice Republiki Demokratycznej, propaganda, mająca zasiać nienawiść i pogardę do przedstawicieli tych bulwersujących odchyleń."

-- Proszę wysiąść. -- padło polecenie. Strażnik bramy przyglądał się Saso spode łba.

-- Jestem Saso Phol. Przybyłem tu na spotkanie z jakimś... Gachem Moggią. Ta kareta należy chyba do niego.

-- Kim, *****?

-- On ma chyba na myśli Stoggię. -- odezwał się inny, podśmiewując się.

Nastąpiło krótkie przeszukanie. Pod lupą znalazła się też zawartość karety. Nie zainteresowali się stosem książek, najpewniej nie posiadli umiejętności rozróżniania literek, nie mówiąc już o trudnej sztuce jaką było rozumienie całych słów. A szkoda, bo skoro przerwali mu lekturę, może odpowiedzieliby na pytanie kim byli ci tajemniczy odmieńcy, których sprzątnięto z powierzchni ziemi. To było coś nowego, o czym jeszcze nigdy nie słyszał i nie ukrywał zainteresowania tym tematem. Na jego nieszczęście dowiedział się tylko, że jego rzeczy zostaną zwrócone mu, kiedy zdecyduje się opuścić Allenstenium. Pożałował, że wziął ze sobą te książki. Nie chciałby którejś stracić, a w takim zamieszaniu wiele rzeczy stanie się możliwych. To spuścizna jego ojca. Powinnością jest, by ją zachować. Zamierzał porozmawiać o tym ze Stoggią, być może będzie w stanie mu pomóc.

-- Jebią mnie Twoje książki. Nie zaprosiłem cię po to, by rozmawiać o jakichś książkach. -- Gachio Stoggia, bo tak brzmiało jego prawdziwe imię i nazwisko, już na pierwszy rzut oka wydawał się być człowiekiem bardzo zapracowanym. Kręcił się niespokojnie po swojej komnacie, zaglądając do stosów pergaminów w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu. Nie wyglądał jak by miał wiele czasu i energii na dyskusję z Saso, zaproszenie widocznie było zwyczajną formalnością.

-- Mam ci powiedzieć co i jak. Masz w ogóle pojęcie kim jestem, chłopcze?

Prawdę powiedziawszy to nie miał. Ojciec czasem wzmiankował jakieś nazwiska, ale nigdy żadnego dobrze nie zapamiętał, a przynajmniej teraz mu się tak nie wydawało. Wiedział, że jest w Allenstenium, małej stolicy Dzielnicy Czwartej, i że zarządza nią Gubernator Ren Forrus. To całkiem niewiele, ale był zmobilizowany do fundamentalnego poszerzenia swojej szczątkowej wiedzy.

-- Rozumiem, że to milczenie jest równoznaczne z "nie".

Stoggia wyrzucił na biurko ogromną mapę, kilka książek i dwa pergaminowe zwoje.

-- Weź to. I zrób z tym co uznasz za stosowne. Wiem, że jesteś młodziutki i przestraszony. Przed tobą długa droga. Najchętniej oddałbym ten gród w ręcę kogoś innego, bardziej doświadczonego. Ale nie mam wyboru, odziedziczyłeś to po swoim ojcu. Będę musiał się teraz z tobą pierdolić jak z jajkiem. A to jest Rainerish. -- rozwinął mapę i wskazał palcem mały punkt nieopodal północno-wschodniej granicy. -- Górnictwo odpowiada za jego utrzymanie, jest tam trochę soli, którą transportujemy w dużej mierze na południe, do większych grodów, w tym także do mojego. Wydobywaniem zajmują się skazańcy i ci, którym nie udało się zbiec do Północnych Pustkowii. To gród o sporej powierzchni, ale mieszkańców tam jak na lekarstwo. Dobrze byłoby coś z tym zrobić. Szczególnie, że twój ojciec w ostatnich latach to zaniedbywał.

"Kasztelan grodu Rainerish" brzmiało dość poważnie, by spociło mu się czoło. Wszystko wokół niego stawało się co raz bardziej namacalne. Musiał się zaklimatyzować i przyzwyczaić do otoczenia, skoro będzie ono jego nowym domem. To był kolejny rozdział w jego historii. Nadszedł czas na poważne zmiany. Zamierzał powtarzał to sobie tak długo, aż stanie się karczmianą dziewką. One uwielbiały takie rozczulające podsumowania i zobowiązywania się przed samą sobą do ostatecznego wszczęcia diametralnych zmian w swoim marnym, pełnym pijaństwa i dupodajstwa, życiu. Tak... "Nowy rok, nowa ja".

-- Twój ojciec był w porządku... -- Stoggi udzielił się poruszony do bólu nastrój Saso, chociaż przychodziło mu to z wielkim skrępowaniem. -- Można było na niego liczyć. Zawsze dobrze wiedział co robi. To był... Chcę po prostu powiedzieć, że wcale nie muszę ci pomagać. Ale zrobię to ze względu na twojego ojca, szkoda byłoby zmarnować cały jego wysiłek i poświęcenie.

-- Jestem wdzięczny. -- Saso wykrztusił z siebie. Słowa Stoggi brzmiały szczerze, ale to było za wcześnie, by stwierdzić czy ten ekscentryk jest godny zaufania.

-- Dopilnuję, żeby moi chłopcy z Rainerish cię wprowadzili. Poradzisz sobie. Na pewno masz to w genach. -- Stoggia wysilił się na krzywy uśmiech. Zdecydowanie bardziej do twarzy było mu z tym poirytowanym grymasem, z którym zobaczył go po raz pierwszy.

Po tych wszystkich podpisach, które musiał złożyć, rozbolały go palce. Rozbolała go także głowa i burczało mu w brzuchu. Stres robił swoje, ale nie zamierzał mu się poddawać. Musiał sprawić dobre pierwsze wrażenie. Nie chciałby wyjść na wystraszonego kota, choć pewnie na to było już za późno. Pod pachą trzymał ogromną torbę z podarunkami od Stoggi. Poprzysiągł sobie, że zapozna się z nimi od deski do deski. Wpadnie jeszcze tylko do przydrożnej karczmy, gdzie pozostawił swoje rzeczy i może ruszać do Rainerish. Zdążył pożegnać się już z matką, przeprosił za swoje wybryki i obiecał wrócić za jakiś czas by zdać relację. Oferowała mu swoją pomoc, ale nie mógł na to przystać. Jej doświadczenie i wiedza tylko by go rozleniwiała, ograniczała jego zaangażowanie. To było jego pierwsze takie przedsięwzięcie, w które zamierzał włożyć wszystkie swoje siły, wszystkie swoje umiejętności i możliwości. Zaopiekuje się Rainerish tak jak robił to jego ojciec. Wiedział, że musi wmówić sobie, że chce to zrobić. Inaczej droga okaże się bardziej wyboista niż może to sobie wyobrazić.

To uczucie. Było z nim. Czuł je. Wypełniało go niezdrowym podekscytowaniem. Nie chciał by go opuszczało, choć jego pojawianie się zależało wyłącznie od jego humorów i nie miał nad tym żadnej kontroli. Ostatniej nocy dużo myślał o tej dziwne sile gnieżdżącej się w jego sercu. Czym była? Dlaczego teraz nastąpiło jej swoiste przebudzenie? Czy Robhart miał z tym coś wspólnego?

Kareta czekała pod jednym z domów. Woźnica miał nietęgą minę.

-- Skonfiskowali twoje książki, chłopcze.

-- Kto?!

Mężczyzna skinął na grupkę strażników zażarcie nad czymś dyskutujących. Saso nie zamierzał puścić tego płazem. Zacisnął pięści i ruszył na zebranie.

-- Hej! Wy!

Obejrzeli się na niego. Jeszcze chwilę temu buzie im się nie zamykały, a teraz przyglądali mu się w przerażającym milczeniu, w oczekiwaniu na jego słowa. Rozejrzał się po nich, ale żaden nie miał jego torby. Dostrzegł za to gościa, z którym miał okazję rozmawiać przed główną bramą.

-- Ty! Mówiłeś, że...

Mężczyźni nagle się rozsunęli, ustępując miejsca prawdziwej bestii. Wysoka, na co najmniej dwa metry, kreatura w ciężkiej, stalowej zbroi i krwistoczerwonym płaszczu z kapturem, szczękając, podeszła pod, małego jak mróweczka, Saso. Pod żelazną, wyszczerbioną maską krył się chyba człowiek. Ale jaki człowiek mógł być taki wielki?

-- Secrum Ahilla. -- przedstawił się niskim, chropowatym głosem. -- Jakiś kłopot?

Inkwizytor. Długa szata, z ukrytą pod nią bitewną zbroją i maska w całości zasłaniająca twarz. Przy pasie ogromny, szeroki miecz, z pewnością niewyobrażalnie ciężki, ale to nie kłopot dla takiego masywnego potwora. To bez wątpienia był jeden z tych skurwysynów. Stanowili elitę zbrojną królewskiej armii: wyszkolone do boju w każdych warunkach, machiny wojenne o nadludzkiej sile. Wysyłani tylko do najtrudniejszych zadań. "Niezłomni, nieugięci, protektorzy sprawiedliwości i porządku..." Tak o nich pisano w pierwszym, lepszym biuletynie przed gospodą. Bardowie układali o nich romantyczne piosenki, w których zapewne wzdychali do ich żylastych mięśni. Można byłoby niesłusznie pomyśleć, że to jacyś półbogowie. Ale musieli mieć jakieś słabe strony. Być może były to ich malutkie móżdżki? Panował stereotyp, że nie grzeszą inteligencją, brak im kreatywności, ich działania to wyuczone komendy i polecenia. Saso nie był w stanie stwierdzić czy to rzeczywiście prawda: w istocie rzadko ich ktokolwiek widywał, większość przesiadywała w stolicy i wiernie strzegła króla. Zapewne, co szczwańsze jednostki, spodziewały się po nich typowych, tępych osiłków. Może kiedyś będzie miał okazję przekonać się na własnej skórze kim naprawdę są inkwizytorzy.

-- Zabraliście moje rzeczy. Byłoby miło dostać je z powrotem.

-- Pozwól, że ci odmówię.

-- Dlaczego?

Żelazna maska podsunęła się pod twarz Saso na niebezpieczną odległość. Niemal słyszał jak charczy pod tą kupą złomu. Pewnie ciężko było mu w tym wysiedzieć w upalne dni.

-- Zdecydowaliśmy się przetrzymać twój ekwipunek na chwilę, ponieważ nie spodobała nam się jego zawartość. -- usłyszał w odpowiedzi. Groźny ton robił wrażenie.

-- A konkretnie?

-- Ta wiedza jest ci zbędna. Idź już.

Nie mógł tak łatwo dać za wygraną. Książki były mu potrzebne i należały do jego ojca. Przed bramą obiecywał sobie, że będzie ich strzegł. Ale nie mógł walczyć o nie z tym gburowatym Ahillą, to nie wchodziło w grę. Nie mógł liczyć też na pomoc kogoś z Allenstenium, był tu kompletnie sam i nikogo nie znał. "O czystej krwi" musiała wzburzyć takie poruszenie. Gdyby tylko mógł ostatni raz zajrzeć do niej i dowiedzieć się o kim opowiadała. Inkwizytorzy mieli z nią coś wspólnego, teraz było to jasne. Ale to nie zaspokajało jego ciekawości, wręcz przeciwnie – tylko niepotrzebnie podsycało. Chyba był zmuszony do odpuszczenia, miał teraz większe zmartwienia na głowie. Podczas następnego pobytu dostanie to, co do niego należy.

W drodze powrotnej cały swój wolny czas wykorzystał na naukę i pogłębianie wiedzy. Do najistotniejszych faktów, z którymi się zapoznał, należało między innymi szczegółowe położenie Rainerish i charakterystyka okolic. Gród swoje leże miał przy sporym jeziorze Eyatier, otoczony był palisadą i podzielony na dwie dzielnice: mieszkalną i przemysłową. Druga bezpośrednio prowadziła do oddalonej o kilkaset metrów, wielopoziomowej kopalni z własną windą i kilkudziesięcioma szybami, niestety w większości nieczynnymi przez ostatnią aktywność tektoniczną. Sprawne pozostawały pod całodobową opieką skazańców, którzy bezustannie czynili tam prace wydobywcze. Nad pracami czuwał geolog Drake Lunister, skarbem zajmował się zaś Dreghone Garre. Swoje funkcje pełnili stosunkowo krótko, bo od momentu wyłonienia tymczasowego głównodowodzącego grodem, Villera Shyke'a, który wybrał ich na swoich podwładnych, zaraz po tym jak śmierć poniósł ojciec Saso. W przeszłości gród miewał kłopoty z szajką grasujących chuliganów, ale sprawa nie urosła do tego stopnia, by można było traktować to jako poważne zagrożenie. Realnym problemem była za to malejąca liczba ludności, z którą Rainerish borykało się już od ostatnich sześciu lat. Jednym ze skutków tego zjawiska była konieczność pobierania dodatkowych rąk do pracy z aresztów i więzień z najbliższych okolic, a następstwem tego wzrost przestępczości. Stoggi zdarzyło się o tym wspomnieć, co tylko podkreśliło wagę tej sytuacji. Saso planował zwrócić na to szczególną uwagę.

Na horyzoncie Rainerish malowała się legendarna przełęcz Międzykontynentalna. Za nią ciągnęły się już tylko wysokie, oblodzone góry, tajgi i ogromne połacie wiecznych zmarzlin – wszystko to było częścią Północnych Pustkowi, krainy mrozów należącej do wymierającej rasy niebieskoskórych Lazulianów. Był to cel wielu zbiegów i zbirów, uciekających przed odpowiedzialnością za zbrodnie. Nie panowało tam żadne prawo, większość terenów pozostawała niezamieszkana, tylko co jakiś czas można było natrafić na małe osady tubylców, którzy, choć odznaczali się wyjątkową niegościnnością w stosunku do obcych, nie stwarzali także dla nich zagrożenia, chcąc pozostać całkowicie odseparowanymi i niezależnymi od wielkich cywilizacji tak bardzo jak tylko to możliwe. To właśnie pragnienie tej, tylko pozornej, wolności i braku ograniczeń prowadziło naiwniaków do największej zguby. Warunki panujące na Pustkowiach okazywały się zbyt trudne dla wielu śmiałków, przez co większość albo wracała, albo umierała, stając się częścią ogromnego cmentarzyska wysuniętego na północ od przełęczy, nazywanego często Białą Nekropolią. Dalej było już tylko morze i Gergula, świat nieprzyjazny dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom populacji kontynentu Dalharis.

Przez moment poczuł się chyba lepiej. Teraz, w karecie, pozostawiony tylko swoim myślom, nareszcie zapanował nad stresem. Rozsiadł się wygodnie na skórzanej tapicerce, zamknął oczy. Potrzebował wytchnienia, przestrzeni do oddychania. Przed nim pierwsza wizyta w Rainerish. Jeszcze nie miał okazji tam być, mimo kilku zaproszeń od ojca. Nie wydawało mu się wówczas, że jest taka konieczność. Ten gród wyobrażał sobie jako dziurę na krańcu królestwa, nikt o niej nie pamiętał i nie miała żadnego znaczenia. Po co miałby ją oglądać. Byle żyła swoim życiem. Teraz będzie jego oczkiem w głowie. Oficjalnie jest już kasztelanem, tak więc Rainerish należy obecnie wyłącznie do niego. Dziwnie się stało. Nie tak wyobrażał sobie przyszłości. Ale jest jak jest, nie pozostało już mu nic do gadania. Chciałby, żeby się udało. Żeby sprawdził się jako zarządca tej ziemii, jako reprezentant tej skromnej ludności.

Wiedział, że ta ulga jest chwilowa. Nadejdzie niespokojny czas, wymagający i nietolerujący niepowodzeń. Czuł to w kościach. Było nieuniknione. Najważniejsze, by los mu sprzyjał, a wszystko będzie dobrze. Proszę, niech wszystko będzie dobrze.



Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...-i-a12654/

ROAD TO REDEMPTION


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości