Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 2 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział II
02-28-2016, 06:46 PM
Post: #1
Legenda. Część pierwsza: Rozdział II
LEGENDA
Kamień Filozoficzny
Rozdział II

OBJAWIENIE



Wydawało mu się, że winda zjeżdża w nieskończoność. Wyżłobione, kamienne ściany otaczały go ze wszystkich stron i ciągnęły się przez dziesiątki metrów. Zdążył przyzwyczaić się już do tego dźwięku. Dźwięku kopalni. Było tu zupełnie inaczej niż na zewnątrz. Człowiek funkcjonował tu w inny sposób, jak by znalazł się na odmiennym świecie. Czasami uczucie towarzyszące przebywaniu tu było nawet przyjemne, momentami potrzebne. Ale będąc tu zbyt długo można było postradać zmysły. Wolał chyba to, co znajdowało się nad powierzchnią.

Stopniowo przyzwyczajał się także do nowego trybu życia i otoczenia. Cztery miesiące zrobiły swoje. Poznał już załogę, zdążył zamienić kilka słów. Nabył nowych, bliższych znajomości. Zrobił też sobie kilku wrogów, ale nie warto było się nimi przejmować. Wierzył, że wszystko co do tej pory zrobił było słuszne i rozsądne. Taki właśnie starał się być. Postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Nie ulegać emocjom, a decyzji nie podejmować w pośpiechu. Wyglądało na to, że zarządzanie grodem jak na razie wychodziło mu lepiej niż mógł się tego spodziewać. I to z tak dezorientującym początkiem.

Albowiem zastał Rainerish w niemałym bałaganie. Nowi rządcy okazali się wyjątkowo niekompetentni, podobnie zresztą jak on. Drake Lunister, zajmujący się kontrolą wydobycia i obowiązkowymi badaniami próbek, wcale nie był geologiem, a tylko dawnym pretendentem do tego miana. Matka wysłała go na uniwersytet, ale nie udźwignął presji. Jego wiedza była szczątkowa, wiele czynności wykonywał po omacku, kierując się bliżej nieokreślonym instynktem. Podobno nie mieli nikogo lepszego. I rzeczywiście, Drake nadal pełnił tą funkcję, jako jedyny sensowny kandydat, ale Saso zmusił go do doszlifowania swoich wątpliwych umiejętności. Załatwił mu książki i kazał studiować je przez całe noce. Czy cokolwiek tym zdziałał, sam nie był pewien, ale nie miał wyboru. Stoggia nie chciał nawet słyszeć o propozycji sprowadzenia kogoś bardziej wykwalifikowanego – podobno brakło funduszy, a Rainerish wcale nie było głównym dostawcą soli w okręgu grodowym. Szybko Saso spostrzegł się, że zaniedbywanie jego włości będzie normą. Prawdę powiedziawszy to nawet nie okazał zdziwienia, był całkowicie uświadomiony o tym jak niewiele znaczy jego gród wobec pozostałych. Musiał zatem radzić sobie sam. I zamierzał sprostać temu niełatwemu zadaniu.

Z Villerem Shykem, tymczasowym głównodowodzącym Rainerish do momentu aż pojawił się pełnoprawny spadkobierca, było tylko gorzej. Przywództwo nie było mu pisane. Momentalnie się we wszystkim gubił i poddawał, a jego przedsięwzięcia nie należały do najbardziej udanych, a już na pewno nie przemyślanych. Ale dobrze słuchał i w miarę sumiennie wykonywał polecenia. Dlatego "tymczasowo" został prawą ręką Saso, chociaż tytuł ten był tylko oficjalny. Bardziej postrzegał go jako chłopca na posyłki.

Natomiast Dreghone Garre był... Cóż, kimś nie do końca godnym zaufania. Był wyjątkowo oczytany, świetnie radził sobie z organizacją, nie miał żadnych trudności z arytmetyką, znał też podstawy inżynierii i architektury. Zyskał to dzięki rodzicom, mieli dość złota, by zapewnić mu edukację na wysokim poziomie. Mógł studiować i zostać kimś ważnym i wykształconym, a jednak tracił czas w zapyziałej dziurze na północnych krańcach królestwa jako skarbnik i magazynier. Nie bez powodu, gdyż wielokrotnie przyłapano go na oszustwach na systemie pełnym dziur. Był sprytny i wykorzystywał to do nieprzychylnych mu czynów. Podobno kara miała być surowsza, ale ktoś kiedyś okazał mu łaskę i tak trafił tutaj. Znał przydatność zaplecza dzianych i znaczących rodziców, równie mocno jak Saso. Przez te cztery miesiące nie miał pewności co do intencji Dreghone'a. Ale pozostawił go na tym stanowisku, bo był najlepszy, choć starał się nie spuszczać go z oka.

Był jeszcze ktoś. Zagadka. Nazywał się Quiller Daakman, chociaż zwracali się do niego po nazwisku. Był skazańcem, oskarżonym o morderstwo i zesłanym do tutejszej kopalni. Nie wiadomo było kogo zabił i dlaczego. Nie wyglądał na takiego, który zajmował się tym zawodowo, nie pasował do reszty tych brudasów. Miał z nim więcej wspólnego niż z kimkolwiek innym, w całym grodzie. Dużo rozmawiali, wymieniali się doświadczeniami, poglądami na wiele otaczających spraw. W Daakmanie zaczął dostrzegać kogoś więcej niż podwładnego. Świetnie się rozumieli, mimo zauważalnych różnić pomiędzy nimi. Po dwóch miesiącach postanowił wyciągnąć go z bagna, jakim była praca w pocie czoła pośród tych pociągowych zwierząt i półgłówków. Bez względu na to co zrobił w przeszłości, zostało mu to zapomniane, bo widział w nim osobę zdolną do owocnej współpracy. A ludzie gadali, głowili się jakim cudem kasztelan rozmawia w ten sposób z byle niewolnikiem, parobkiem od uderzania kilofem w kamień. Jak może obdarzać go takimi przywilejami, jeśli w żaden pamiętny sposób nie przysłużył się Rainerish. Wielu nie ukrywało swojego oburzenia. Mieli trochę racji i mogło wydawać się to pochopne, ale nie zważał na to i pozwolił zająć się Daakmanowi opieką nad grodem i strzeżeniem porządku. Nie wymyślił mu na to nazwy, ale obydwaj wiedzieli na jakich warunkach polega ich kooperacja. Sprawdzał się. Był z niego zadowolony i wydawał mu się najtrafniejszą osobą do podjęcia tego zadania.

No i mieli Obucha i jego ferajnę. Mieli swoją wzmiankę w dokumentacji od Stoggi. Nieformalnie reprezentowali robotników z kopalni. Bardzo nie lubili Daakmana i starali się uprzykrzyć mu życie, szczególnie kiedy Saso pozwolił sobie wyprowadzić go stamtąd. Sympatią nie darzyli także Saso i już w pierwszych dniach chcieli mu o tym zakomunikować. Szajka wioskowych głupków, ot co. Ale wedle prawa należało im się takie same traktowanie jak pozostałym mieszkańcom grodu. Za bydło robili tylko przez dwanaście godzin, podczas swojej zmiany. Resztę czasu albo spali, albo siali zamieszanie. Zdarzało im się przywłaszczyć coś nieswojego, pogruchotać komuś kilka kości. Zależało im na ugruntowaniu swojej pozycji. Ale ich czas był policzony, bo zamierzał znaleźć na nich haczyk, który pozwoliłby raz na zawsze wygnać ich z Rainerish.

Winda stanęła. Był na miejscu. Ziemia pod nim wydawała się pulsować. To ta dziwna moc, powiadomiła o swojej obecności. A przed nim tylko ciemność, wypełniony pustką, głęboki tunel. Było tu cieplej, powietrze było gęstsze. Roznosił się zapach świeżej spalenizny. Niewiarygodne.

-- To tutaj. -- szepnął Daakman i wystawił rękę z pochodnią. Rozświetliła tylko nieznaczną część tunelu. Podeszli ostrożnie do drewnianej bramki. Zamknięta na klucz, ale na szczęście Daakman miał co trzeba przy sobie.

-- Kazałem nikomu tu nie przychodzić. Rozsiałem plotkę, że zaległy się fammy. Myślę, że jest czysto. Zgaszono też wszystkie pochodnie, tak jak prosiłem.

Każdy kroczek stawiali z ogromną dozą ostrożności. Im dalej było do windy, tym ciaśniejszy wydawał się korytarz. Dobrze, że nie miał klaustrofobii, bo nie wytrzymał by tu ani sekundy. Zmysły przeżywały nasilenie. Zapach był intensywniejszy, duszniej i cieplej. Zbliżali się do czegoś nadnaturalnego. Chyba zaschło mu w gardle.

-- Ile osób o tym wie? -- zapytał skazańca.

-- Sześciu górników i Drake.

-- Mówiłeś mu o tym?

-- W końcu...

-- Nie, Daakman. Miałeś mu o tym nie mówić. Jeśli to naprawdę coś wielkiego, tak jak mi opowiadałeś, to musimy szykować się na rewolucję. On nam w niej nie pomoże, a może i przeciwnie, zaszkodzi. -- zatrzymał się i spojrzał na Daakmana z oburzeniem.

-- Jest naszym geologiem. Uznałem, że powinien o tym wiedzieć. Może powie nam coś o tym.

-- Nie, nie złoży o tym najpewniej jednego zdania. Gówno wie i jest gównianym geologiem. Źle zrobiłeś, że mu o tym powiedziałeś.

Usłyszał ciężkie westchnięcie.

-- Chcesz mi powiedzieć, że on tutaj jest?! -- które mogło znaczyć tylko jedno.

Cokolwiek to było, robiło się grubo. Nie widział jeszcze Daakmana z taką zatrwożoną miną. Ale za cholerę nie chciał mu powiedzieć do jakiego to odkrycia doszło. Tylko, że to coś, co musi natychmiast zobaczyć. Z początku możliwości było wiele, ale teraz wiedział już, że ma to bliski związek z tymi niezrozumiałymi ukłuciami pod sercem, których sporadycznie doświadczał. To musiało być coś okropnego, skoro tak intensywnie zaczęło go teraz chwytać za wnętrze.

-- Ty... Ty też to czujesz, prawda? -- padło chwiejne pytanie i to z ust Daakmana.

Spojrzał w mroczną głębię tunelu. Burknęło mu w brzuchu. Z czoła spłynęła pierwsza kropelka potu. Daakman nerwowo stukał palcami o kamienną ścianę. Ten widok tylko bardziej go rozpraszał i denerwował. Mógłby już przestać. Za chwilę serce zacznie bić mu jak oszalałe. To już niedaleko. Nie musiał nawet o to pytać. Był zdolny to wyczuć, było prawie że oczywiste.

Nie rozumiał co się dzieje. To doznanie nie siedziało już tylko w jego sercu, poczuł je również w głowie, w brzuchu. Ono wypełniło jego ciało. Wcześniej było przyjemne, teraz to było za wiele dawki na raz. Rosło w nim to zbyt gwałtownie. Ale podświadomie nie chciał się od tego uwalniać. To dawało mu siłę, niemożliwą to wytłumaczenia satysfakcję.

-- Idziemy. -- przełknął ślinę i ruszył bez zastanowienia.

Najpierw dostrzegł Drake'a. Siedział skulony. Nie odrywał od tego wzroku, ale Saso nie miał jeszcze w sobie dość odwagi by także na to spojrzeć. W tym miejscu bicie energii było niewyobrażalne. Żar dosłownie wylewał się stamtąd. Dosyć. Pokierował wzrok.

Nieregularna ściana pokryta jakimiś hieroglifami. Były też wyryte wzory, wyżłobienia. Chowała się za grubą warstwą kamieni. Dokopali się do niej. Podszedł bliżej. Wydawało mu się, że słyszy zza ściany żarzące się płomienie. Wzywały go. One błagały.

-- Co jest za ścianą?

-- Nie wiemy. Na pewno coś wartościowego. -- odezwał się Drake. Nie powiedział, rzecz jasna, niczego, na co Saso już wcześniej nie wpadł. Mógł nie pytać. Spojrzał na Drake'a i pokiwał głową. Niemal umknęła jego uwadze twarz długowłosego blondyna. I nie chodziło o to, że mógłby zrobić coś z kłakami, bo zasłaniają mu jego uroczą mordkę. On był całkowicie spokojny. Pozbawiony tego wewnętrznego konfliktu, z jakim kłopotał się Saso. Nieprawdopodobne, by tak nad tym panował. On po prostu tego nie odczuwał. Oczy powędrowały ku Daakmanowi. On był przerażony. Niespokojnie wpatrywał się w ścianę. Ale to z nimi czy z Drakem było coś nie tak?

Dotknął jej. Parzyła. Za nią kryło się coś śmiertelnie potężnego. Jakiś artefakt, skupisko ogromnej energii. Dlaczego tutaj, na takim zadupiu? W jednej z ksiąg od Stoggi dowiedział się sporo o okolicy. Podobno od wieków ów tereny nie były w żaden sposób wykorzystywane, ani eksploatowane. Północno-wschodnia część królestwa, Czwarty Okręg Grodowy, był nie kojarzony z niczym więcej jak tylko z granicą dzielącą królestwo Sadaali z Północnymi Pustkowiami. Kompletnie zapomniany i opuszczony, w większości zamieszkany przez prostaczków i chłopów, świat. Gdzieś nieopodal leżały nawet Martwe Puszcze. A wszystko będące długotrwałym efektem wielkiego konfliktu, Wojny Lodowej, pomiędzy cywilizacjami Lazulianów i Gergulców. Setki lat temu tereny te objęte były działaniami wojennymi, a jeszcze dawniej śnieg leżał tu przez cały rok. Ale to zamierzchłe czasy. Jeszcze bardziej wypaczone z pamięci niż Czwarty Okręg Grodowy. Czy to może być pozostałość po nich?

-- Próbowaliście się przebić przez tą ścianę? -- zapytał, próbując na oko ustalić jej grubość.

-- Zwariowałeś?! Nie wiemy co jest w środku. To może być cokolwiek. Zginiemy, jeśli spróbujemy. -- Daakman natychmiast wydał wyrok. Czego mógł się po nim spodziewać. Brakowało mu odrobiny szaleństwa, by wpaść na taki pomysł. Kij w dupsku trzymał bardzo głęboko.

-- Nie dowiemy się, dopóki nie spróbujemy. Daj mi kilof.

Jak to mówią, raz kozie śmierć. Nie, zdecydowanie nikt tak nie mówi.

Drake podał mu narzędzie. Nie wyglądał na zaaprobowanego tym pomysłem, ale zdecydowanie chciał zobaczyć co się stanie, czego nie można było już powiedzieć o Daakmanie. Ten zaczął lamentować i błagać, żeby tego nie robić. I pomyśleć, że miał na koncie morderstwo. Widocznie ktoś naprawdę musiał go wkurzyć.

Zacisnął palce na rączce. Zamierzał mocno uderzyć. I na pewno nie zastanawiać się długo. Kilof przeciął powietrze i zatrzymał się na ścianie. Ogromna siła odrzuciła Saso i przygniotła do ostrych kamieni. Wytrąciła mu też z rąk kilof, który poszybował w górę, odbił się od sufitu, zdążył kilkukrotnie przekoziołkować i opaść bezpiecznie na ziemię, szczęśliwie nie robiąc nikomu krzywdy. Taki kawał żelaza w czyjejś głowie mógłby zaważyć o jego przyszłości. Obsunął się na twardą ziemię. Mógł się tylko domyślać, że jest zimna, bo zmysł dotyku przestał funkcjonować u niego tak jak powinien. Uderzyły w niego falę nieznośnego gorąca. W ułamku sekundy prawie, że utonął w potoku własnego potu. Zakręciło mu się w głowie, a następnie poczuł jak coś dotyka jego głowy. Jej wnętrza. Obcy umysł wszedł w jego posiadanie. Przed oczami stanęły mu płomienie. Wielkie, tańczące płomienie. Chyba widział w nich samego siebie. Ładnie przystrzyżone, ciemnobrązowe włosy, ten przenikliwy wzrok, cudownie wyprofilowany kształt czaszki i ten pociągający uśmiech. Ten facet musiał być nim. Szybko zniknął. Zrobiło się ciemno, głucho i pusto. To był powrót do rzeczywistości. Dostrzegł jakieś kształty. Schylał się nad nim Daakman i Drake, wyraźnie zaniepokojeni, a już wyjątkowo ten pierwszy.

-- O *****! -- wykrzyczał z euforią.

Chyba nie byli w stanie zrozumieć tej swoistej ekstazy jakiej właśnie doświadczył.

-- Co ty własnie zrobiłeś, idioto?! -- Daakman szarpnął go za ubrania. -- To mogło zabić nie tylko ciebie, ale i nas.

-- Ale jesteśmy cali. -- Saso spojrzał na Daakmana z przekąsem.

-- To nie jest postawa godna zarządcy. Chcesz być dobrym kasztelanem to zachowuj się jak dobry kasztelan. Nie masz dziesięciu lat, żeby godzić się na takie idiotyzmy. Mówiłeś jak bardzo zależy ci na tym miejscu, na twoim powodzeniu. Wyprawiając coś takiego możesz o tym zapomnieć. -- usłyszał w odpowiedzi. Skazaniec mówił z kamienną twarzą. Rozmawiał z nim o tym, o jego nowych ambicjach, a on go wysłuchał, prawie jak przyjaciel. Teraz prawi mu kazania, prawie jak jego matka. Ale ma rację. Przeklętą rację. Poczuł się zawstydzony. Ale nie mógł tego okazać. Trzeba coś powiedzieć. Coś głupiego.

-- Nie zesraj się.

To było bardzo głupie. Wstał i otrzepał się z kurzu. Trochę kręciło mu się jeszcze w głowie. Potrząsnął głową, przetarł oczy. Znów był zestresowany, napięty. Przydałby się masaż.

Uderzenie kilofa nie pozostawiło na murze ani śladu. Nawet jednej rysy. Właśnie przeżył swój pierwszy kontakt z czymś równie nieprawdopodobnym. Trzeba było wymyślić co z tym zrobić. Na pewno nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Ale wiedziało już poza nim i Daakmanem siedmiu frajerów. Wyjdzie z twarzą, jeśli od razu przejdzie do działania.

-- Tym sześciu górnikom. Trzeba zamknąć usta. Nie mogą nic powiedzieć o tym co tu widzieli.

-- Czy mogę spytać co zamierzamy z tym zrobić? -- odezwał się Drake.

Nie miał pojęcia. W pierwszej chwili przeszła przez niego myśl, by poinformować Stoggię. Ale to był zły pomysł. Przynajmniej na razie. Tylko wywoła niepotrzebne zamieszanie. Ludzie zaczną gadać, wokół Rainerish zbiorą się tłumy ciekawskich. To nie przyniesie nic dobrego. W najgorszym wypadku mogliby mu odebrać gród. Po czterech miesiącach. Nie mógł zrobić tego ojcowi. Niezależnie od tego jak nic nieznaczące jest Rainerish, utrzyma je przy życiu. To jego obowiązek.

-- Powinniśmy zawiadomić kogoś z góry. To się nam wyrwie spod kontroli, cokolwiek jest za tą ścianą. -- odrzekł Daakman. On i te jego dobre pomysły. Nawet nie chciało mu się tłumaczyć dlaczego to beznadziejne rozwiązanie. Ale przynajmniej mógł na niego liczyć. Inaczej sytuacja wyglądała z Drakem. Skazaniec ufał mu bardziej niż nakazywał to zdrowy rozsądek. Okaże się jeszcze, że pod tymi pięknymi włosami chowa różki, a wtedy nie będzie odwrotu. Daakman popełnił błąd przyprowadzając go tutaj, ale stało się. Będzie musiał trzymać go na uwięzi.

-- Muszę się zastanowić. Uwzględnić wszystkie możliwości. Za tą ścianą siedzi niewątpliwie coś okropnego i zdaję sobie sprawę z tego, że ta niewiedza stwarza ogromne zagrożenie. Ale niektóre warianty po prostu nie trzymają się kupy. Musimy wybrać to, co najlepiej przysłuży się Rainerish.

Daakman skinął głową. To chyba znaczyło, że się zgadza. Poprosił Drake'a, by na chwilę zostawił go i Saso samych. Niechętnie przystał na tą propozycję.

-- Słuchaj. -- zaczął, kiedy Drake już wyszedł. -- Przepraszam, że się tak zdenerwowałem. Nie mam prawa mówić ci co jest dobre, a co złe. Tyle ci zawdzięczam, a śmiem jeszcze...

-- Wszystko dobrze. -- Saso wysilił się na uśmiech. Wiedział, że na to zasłużył. Daakman miał całkowitą słuszność i dobrze zrobił postępując w ten sposób.

Prawa ręką, ta, w której trzymał kilof, zaczęła go dziwnie piec i zrobiła się delikatnie czerwona. Daakman spostrzegł to, ale nie odezwał się nawet słowem.

-- Jeszcze czuję, jak by przechodził przeze mnie piorun. To było coś strasznego, ale jednocześnie ekscytującego. Ta energia, cała zgromadzona we mnie. Jak myślisz, co to jest?

-- Też chciałbym to wiedzieć. -- Daakman spuścił głowę. Był taki sam jak on. Zagubiony przez to, co odczuwa. Nie do wiary, że nie był jedyny. I że miał to szczęście znaleźć kogoś takiego na takim wygwizdowie. Zastanawiał się ile użył już epitetów dla tego miejsca.

-- Jakie to dla ciebie jest? -- zapytał skazańca. Był tym zafascynowany.

-- Dla mnie to jak namiętność. Pasja. Ta energia, którą w sobie trzymam, ona spycha mnie do gniewu, złości. One dają mi moc. Napinają wszystkie moje mięśnie, krew zaczyna płynąć szybciej, oczy dostrzegają więcej. Wtedy czuję się naprawdę silny. Ale to zdarza się naprawdę rzadko. To mi towarzyszy od dziecka, ale sytuacje, w których to się stało, jestem w stanie policzyć na palcach dwóch rąk.

-- Jesteś uroczy. -- ten romantyczny opis Daakmana go poruszył. Ale osobiście zinterpretowałby to chyba w trochę inny sposób. Brakło mu do tego słów. Ogólny sens został zachowany, ale jednak czegoś nie uwzględniono... Dla niego było to jak zew do działania. Zastrzyk adrenaliny. Nie pełen gniewu, lecz motywacji. Wezwanie głęboko skrytych ambicji, pragnień. Może wręcz pożądanie?

-- Powoli dostrzegam, że nie traktuję cię tak jak powinienem. Nie jak kasztelan swojego poddanego. Myślisz, że może to być niezdrowe? -- zdecydował się na podzielenie się swoim spostrzeżeniem. Wydawało mu się, że nie przystoi komuś takiemu jak on przyzwalać na takie spoufalanie się ze strony podporządkowanego mieszkańca. Traktował Daakmana jak równego sobie.

-- Czy chciałbyś mi zasugerować, że powinienem przystopować?

Cholera, to brzmiało jak rozmowa jakiejś pary. Nienawidził związków.

-- Skądże. Po prostu to dla mnie dziwne, wiesz... Napierdalałeś w ten kamień, a ja, od tak, przyszedłem, powiedziałem "hej, podobasz mi się, może chcesz się stąd wyrwać?" i niewiele brakowało bym uczynił cię prawą ręką.

Jeszcze trochę i zaczną się całować.

-- Myślałem, że to Viller...

-- Daj spokój. On się do tego kompletnie nie nadaje. Nie mam jaj, żeby go zdegradować, bo jeszcze zrobi mu się przykro. Ale kiedyś to zrobię.

Miał już dosyć tej rozmowy. Za dużo otwierania się przed drugą osobą. Okropieństwo godne wzdrygnięcia się. Sprobówał powstać, ale wyszło mu to nieudolnie. Zabrakło mu siły w nogach. Prawie, że zdrętwiałe. To pewnie efekt uboczny tej niezniszczalnej ściany i kontaktu z nią.

-- Co teraz zrobimy? -- Daakman chyba wyczuł niezręczność sytuacji, bo momentalnie zmienił temat.

-- Prześpijmy się z tym.

Ta rozmowa weszła na bardzo złe tory...

Komnatę rozjaśniał mu tylko delikatny płomień świeczki. Więcej światła nie potrzebował, szczegółowe zaznajamianie się z dokumentami zakończył chwilę temu. Teraz mógł rozsiąść się wygodnie na krześle, zamknąć oczy i pomyśleć. Musiało być już późno, bo na zewnątrz panowała głucha cisza. Zje coś i położy się spać, jutro kolejny ciężki dzień. To stało się jego rutyną. Przyjemną rutyną. Mógłby nawet podsumować ten dzień jako zadowalający, gdyby nie to odkrycie w kopalniach. Cokolwiek się tam kryło, to nie powinno być jego zmartwienie. Ale kłopoty same go wybrały. Teraz będzie musiał się z nimi użerać, z czego wcale nie był zadowolony. Koniecznością było, możliwie szybkie, znalezienie rozwiązania. Nie brał pod uwagi zignorowania problemu. To byłoby nierozważne. Mogło stwarzać zagrożenie, dla niego i całego grodu. Ta moc, która emitowała zza ściany musiała zostać zbadana i zdefiniowana. Najstraszniejszy wróg to taki, którego nie widać. Obecnie była właśnie takim wrogiem, bardziej szkodziła niż wspomagała swoimi niezwykłymi właściwościami. Może książki, które otrzymał od ojca pomogłyby mu w znalezieniu odpowiedzi. Niestety stracił je bezpowrotnie, inkwizytor postanowił je zniszczyć bez wcześniejszego uprzedzenia o tym ich właściciela. Tam musiało być coś niewygodnego dla tych ogromnych skurwielów. Jakaś fakt, który łączył się z nimi. Domyślał się, że to oni odpowiadali za tą masakrę, w końcu nie bez powodu nazywali się inkwizycją. Ale kogo tak okrutnie potraktowali na polecenie, prawdopodobnie, samego króla? Dlaczego społeczeństwo znienawidziło tak tą tajemniczą grupę? Nie było nocy, w której by o tym nie myślał. Robił to za często. Chociaż nie miał w zwyczaju zamartwiania się, wiedział, że stworzy sobie tylko przez to więcej problemów. Czasem lepiej być idiotą. Spokojniej się przez to śpi.

Ktoś zapukał do drzwi. O tej porze?

Wyjrzał przez okno. Na schodach przed jego domem stało kilka osób, ale w tych ciemnościach nie był w stanie dokładniej ich rozpoznać. Na wszelki wypadek wziął ze sobą kaganek. Przezorny zawsze ubezpieczony.

-- Chcemy tylko pogadać. -- usłyszał znajomy głos przez drzwi. Obuch i ekipa złożyli mu wizytę w jego własnym domu. To było coś nowego, nigdy wcześniej nie odważyli się odwiedzić jego posiadłości. To musiało być dla nich istotne.

-- Czego chcecie? -- nie ukrywał, że nie sprawia mu żadnej przyjemności patrzenie na ich krzywe, poobijane mordy. Możliwe, że znów się pomiędzy sobą pokłócili. Robili to stosunkowo często.

Obuch był najszerszy i najgrubszy. Zawdzięczał temu swoje przezwisko. Saso nie pamiętał jego imienia, ale było paskudne, skoro nikt się do niego przez nie nie zwracał. Obok stał jego przydupas, pewnie, żeby podpowiadać mu co ma mówić. Nie należał do elit intelektualnych, może palnął by jakieś głupstwo, którego potem by pożałował.

-- Pomyśleliśmy, że dość już zrobiliśmy szkody i czas coś zmienić. -- zaczął niepewnie.

Saso musiał powstrzymać się od wybuchu śmiechu. Czyżby Obuch chciał wyrazić swoją skruchę? Nie, to nie mogła być prawda. Tacy jak on się nie zmieniają. Są za głupi, żeby dostrzec swoje błędy. Miał interes i wydawało mu się, że będzie w stanie ładnymi słówkami przekonać Saso. Niech próbuje. Chętnie wysłucha.

-- Naprzykrzaliśmy się tobie i twoim ludziom. Byliśmy źródłem wielu niefortunnych wypadków. To się już więcej nie powtórzy. Obiecuję, w imieniu nas wszystkich. -- wskazał na towarzyszów. Profesjonalnie mógłby zająć się wygłaszaniem przemów na królewskim dworze.

-- Ale?

Słysząc to pytanie, Obuch uśmiechnął się nerwowo. Kompletnie nie radził sobie w zgrywaniu potulnego baranka. Zaraz by się rozluźnił, gdyby mógł wyciągnąć swoją maczugę i przydzwonić nią komuś. Chcąc okazać swoją stanowczość, prędko zrobił groźną minę. Wydawało mu się, że to on będzie rozdawał karty na stół. Obejrzał się na najbliższego pomagiera, który skinął w jego kierunku głową. To mu dało pewności siebie.

-- To wszystko co powiedziałem, to prawda. Ale nie ma nic za darmo. Możemy się dogadać. Ale musisz dać nam coś w zamian. Coś wartościowego. Masz coś takiego. Sugeruję...

Drzwi się zatrzasnęły. Nie będzie negocjował z tymi idiotami. Jeszcze raz tu przyjdą to spuści psa i pogryzie ich obsrane tyłki. Śmieszne. Myśleli, że da się nabrać na ich próbę odkupienia.

Uśmiechnął się pod nosem. Zachował się teraz jak twardy przywódca. Był z siebie dumny. Ten plebs trzeba trzymać krótko, albo wejdą ci na głowę. To było dobre posunięcie, godne twardego kasztelana. Więcej nie ośmielą się przychodzić z takimi bezczelnymi propozycjami. Zajmie się kolacją i może smacznie spać. Dobranoc, Saso.


Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...ii-a12899/

ROAD TO REDEMPTION


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości