Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 2 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział III
02-28-2016, 06:49 PM
Post: #1
Legenda. Część pierwsza: Rozdział III
LEGENDA
Kamień Filozoficzny
Rozdział III

TO, CO STRACILIŚMY W OGNIU



W snach widział ogień. Był taki rzeczywisty. Niemal namacalny. Zaangażowane były wszystkie jego zmysły. Płomienie buchały na cztery strony i odprawiały swój rytualny taniec. Były bardzo blisko, ale nie odważyły się go sparzyć. Mógł na nie spoglądać bez obaw i podziwiać ogromną siłę, jaką sobą reprezentowały. Strzegły go przed czymś, były mu tarczą. Spróbował dostrzec, co znajduje się za nimi, ale widział tylko ciemność. Czarna głębia kręciła mu w głowie. Miał już dosyć jej widoku, chciał do ognia. Tu była ostoja, nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Następowało rozluźnienie, kompletne wyciszenie. Mógł znaleźć to tylko w płomieniach. One niosły mu nadzieję. Światło.

Potężny huk zrzucił go z łóżka. Gdzieś zawalił się sufit. To był dźwięk masy desek spadających na ziemię. Sen stał się jeszcze prawdziwszy. Znalazł się w centrum pożaru. Wszędzie ten ostry, pomarańczowy kolor, roznoszący światło na całe pomieszczenie. Do tej pory nie było tu jeszcze tak jasno. Spojrzał na łóżko. Puste. On już nie śpi. To rzeczywistość.

Natychmiast serce podeszło mu do gardła. Wyjście z sypialni było zawalone stertą płonących kawałków drewna. Musiał uciekać, a do tego konieczne było przejście. Rozejrzał się prędko wokół siebie, szukał okna. Mieszkał tu cztery miesiące, a nie potrafił sobie nawet dokładnie przypomnieć jego lokalizacji. To było takie nagłe, niespodziewane. Jego umysł nie funkcjonował jeszcze tak jak powinien. To nie było wybudzenie, jakiego sobie życzył.

Kłęby dymu nie pozwalały mu oddychać. Jeśli zaraz nie spłonie, to się udusi. Marna perspektywa. Czas na działanie. Ale wszystko było takie rozpraszające. Brakowało mu skupienia, żaden dobry pomysł nie przychodził mu do głowy. Wziął głęboki wdech, ale poskutkowało to tylko zadławieniem się cuchnącymi oparami. W balladach i opowieściach bardów, główni bohaterowie zawsze zamykali oczy, to miało dać im potrzebny spokój i uruchomić procesy myślowe. Ale jeśli zamknie oczy, to nie zauważy jak coś zawali mu się na łeb. Bohaterowie z legend to idioci. Jeśli kiedyś będzie pisał własną historię to...

Masywna belka spadła mu na stopę. Krzyknął z bólu. Zrób coś. Dosyć mu było gonienia za możliwościami. Poczuł przypływ energii. Tej energii, która wcześniej drażniła jego serce. Zacisnął pięści, kiedy zorientował się jak nienaturalnie pędzi przez żyły krew. Do uszu nie dobiegał już żaden inny dźwięk poza biciem serca o wysokiej częstotliwości. Z determinacją pokierował wzrok w stronę ognistych języków. One jednomyślnie zrobiły to, o co poprosił. Rozstąpiły się w jednej chwili, wyznaczając mu kierunek ucieczki. Nieprawdopodobne. To nie było przywidzenie. Na końcu widział frontowe drzwi. Nie zamierzał tracić nawet sekundy. Nie rozglądał się w poszukiwaniu czegoś, co mógłby jeszcze ze sobą zabrać, uratować. Wszystko było stracone, a on zobowiązany był do wykorzystania cudu jakim było jego przeżycie i wydostania się z tej pułapki. Złapał za klamkę i pociągnął, niestety nieskutecznie. Otworzenie drzwi okazało się nie takie łatwe, jak na początku mu się wydawało. Zderzył się z nimi całym swoim ciałem. Raz, drugi, trzeci i czwarty. Żadnych efektów. Był za blisko, by się teraz poddawać. Postanowił krzyczeć o pomoc. Ktoś musiał go usłyszeć.

-- Odsuń się! -- po kilku chwilach ktoś z zewnątrz wydał stanowcze polecenie. Głos był dziwnie zniekształcony, nie potrafił stwierdzić z kim ma do czynienia.

Drzwi wypadły z zawiasów, upadły z impetem na podłogę i rozdmuchały cały ogień w pobliżu. W progu stał Dreghone, pokryty sadzą, potem i brudem. Podarte ubrania ledwo się go trzymały. Gdziekolwiek był, atmosfera musiała być gorąca.

Złapał Saso pod rękę i bezpiecznie wyprowadził na zewnątrz. Saso z wrażenia musiał położyć się na rozgrzanej ziemi i chwilę odsapnąć. Tu wydawało się bezpieczniej, ale tylko przez chwilę, bo kiedy przebadał wzrokiem otoczenie okazało się ono być w podobnie tragicznej sytuacji, co jego posiadłość.

-- Patrzysz na mnie jak bym wrócił z piekła, a sam nie wyglądasz dużo lepiej. -- usłyszał od Dreghone'a. Obejrzał się wedle jego sugestii, i rzeczywiście, potrzebował kąpieli. Spostrzegł też kilka drobnych oparzeń, ale nie było teraz na to czasu.

-- Jesteś w stanie mi powiedzieć co tu się wyprawia?! -- zapytał.

-- Ktoś miał zamiar spalić cię razem z twoim domem. Trochę wiało i jego działania wyszły spod jakiejkolwiek kontroli. Cała okolica boryka się teraz z płomieniami.

"Trochę" nie oddawało tego, co otaczało go ze wszystkich stron. Deski, z których zbudowane były chatki, nie wytrzymywały pod naporem wysokiej temperatury i waliły się jak domki z kart. Kawałek po kawałku. Potężne kłęby dymu były tak gęste i czarne, że zlewały się z nocnym niebem. Nie było pewności czy to jeszcze sklepienie niebieskie, czy gigantyczne chmury oparów. Ludzie biegali wokół w panice, lamentując i wykrzykując imiona swoich bliskich. Ten pożar musiał być widoczny z wielkich odległości, szczególnie, że Rainerish leżało na znacznym podwyższeniu. Będzie o tym głośno w całej okolicy.

-- A kopalnia? -- pierwsza przyszła mu na myśl.

-- Spokojnie, jest cała. Ale mamy kilku rannych, trzy osoby w stanie krytycznym. Prawdopodobnie nie dadzą rady.

To nie brzmiało zachęcająco.

-- Dlaczego przyszliście po mnie tak późno? Prawie tam zginąłem.

-- Drake mówił na początku, że widział jak się ratujesz, i że pobiegłeś na ratunek pozostałym mieszkańcom. Postanowiliśmy cię odszukać i skonsultować z tobą nasze kolejne kroki. Ale nigdzie cię nie było. Uznałem, że przyjdę tutaj i upewnię się czy na pewno było tak jak mówił.

Miał szczęście. Naprawdę. Gdyby nie otwartość umysłu Dreghone'a byłoby po nim. Ten cud z rozstąpieniem się ognia na nic by się nie przydał, gdyby ktoś nie pozbył się wadzących drzwi. Pewnie zablokowały się pod wpływem temperatury. Był mu winny przysługę. Ale to nie był czas na rozmyślanie. Akcja ratunkowa jeszcze się nie zakończyła.

Bez zbędnego gadania, pobiegli na pomoc reszcie osadników. Zajęło im to porządne pół godziny, był krew, pot i łzy, ale udało się uratować ludzkie życia. Niestety nie można było powiedzieć, że wszyscy wyszli z tego bez szwanku. Ranni leżeli na niezajętych ogniem ulicach. Ci najsprawniejsi zajęli się prowizorycznym opatrywaniem ran, tak żeby efekty, tych często drobnych obrażeń, nie okazały się w przyszłości zabójcze. Podjęto tylko krótką walkę z ogniem, ludność złapała za wiadra z wodą, ale to nie wystarczyło, by okazać opór żywiołowi. Rozprzestrzenił się już wystarczająco, by stać niepokonanym. Saso musiał podjąć ciężką decyzję, by pozwolić płomieniom zabrać ze sobą to, co zaczęły już trawić, ale jednocześnie nie dopuścić, by rozprzestrzeniły się dalej, narażając na niebezpieczeństwo kolejnych niewinnych mieszkańców. Udało się to przy współpracy i poświęceniu każdego zdolnego do ratowania tego, co nie zostało jeszcze strawione przez ogień, obywatela.

Było mu ich żal. Stracili dach nad głową. Nawet nie miał pewności czy będzie w stanie im pomóc. Złota było mało, ledwie starczyło go na konieczne koszta i utrzymanie grodu. Zawiódł ich, ich wszystkich. Miał zapewnić im bezpieczeństwo, obiecał im to podczas pierwszego spotkania. Nie dotrzymał danego słowa, zezwalając na ten zamęt. I nie mógł nic zrobić. Kiedy sytuacja, po czterech godzinach już się uspokoiła zaczęły dręczyć go wyrzuty sumienia i bezsilność. To byli ostatnio jego nieodłączni towarzysze. Śmierć ojca, przejęcie jego ziemi, a następnie doszczętne jej zniszczenie. A nie oszacowano jeszcze ostatecznych strat. Mogło być tylko gorzej. Zbezcześcił jego spuściznę, napluł na to, co ciężką pracą i sercem obdarzył jego ojciec. Przepraszam. Naprawdę cię przepraszam. Jego brat, Faynite, pewnie by do tego nie dopuścił. A on, może się starał, ale to nie wystarczyło. Wymagane były kompetencje, których mu zabrakło.

-- Nie waż się obwiniać. -- jego małe zacisze, opuszczony domek na drzewie, należący niegdyś pewnie do jakichś dzieciaków, odwiedził Daakman. Zawsze tu przychodził, kiedy musiał coś poważnie rozważyć, przemyśleć. Nie był z tego dumny, z tego przyzwyczajenia. Ono świadczyło o jego słabości, której nie chciał nikomu pokazywać. Brakowało tylko Daakmana. Zaraz powie coś moralizatorskiego. Rzadko się w tych sprawach myli, ale momentami można mieć tego dosyć. Tylko pogarsza sobie humor. A obecnie był on doszczętnie zniszczony. Przygnieciony nawarstwiającymi się problemami. Tym, że nie podołał, mimo ogromnej mobilizacji.

Pierwszy raz widział tyle krwi, pyłu i brudu, mieszających się wzajemnie. Dogodne życie, jakie zapewnili mu jego rodzice i status, nie przyzwyczaiło go do takich wrażeń, nie uodporniło na cierpienie, którego musiał być dzisiaj świadkiem. Ale jego psychika poradziła sobie znacznie lepiej niż przypuszczał. Nie podzielał tych skrajnych reakcji na widok wytryskującej krwi, dziecięcych biadoleń i zdesperowanych wezwań o pomoc. Niektórzy, przypatrując się temu, przeżywali niekontrolowany wybuch płaczu, paniki, odwracali wzrok od tych okropności. A do tej pory, widział w wielu z nich silne, twardo stąpające po ziemi jednostki. Jakież było jego zaskoczenie, gdy zobaczył prawdziwe oblicza. Żaden człowiek nie jest gotowy na przyglądanie się takim potwornościom. Żaden zdrowy człowiek. Dotykało to jego wrażliwości, ale nie na tyle, by doprowadziło go do załamania. Sumienie męczyły większe zmartwienia.

-- Sytuacja wydaje się być opanowana. -- zaczął Daakman. -- Straciliśmy osiem domów, łącznie z twoim i Dreghone'a. Dwudziestu dziewięciu rannych, czterech w stanie krytycznym. Ośmiu zaginionych, pewnie się wystraszyli i uciekli. Miejmy nadzieję, że wrócą.

Zajął się tym wszystkim. To było sporo pracy, nikt go nawet o to nie prosił. Zrobił to z własnej nieprzymuszonej woli. Zależało mu widocznie na tym miejscu. Gdyby nadal był górnikiem, mieszkałby po drugiej stronie grodu i prawdopodobnie nawet nie dowiedziałby się w porę o całym zajściu. Ale był tu i robił to, co mógł, by zapanować nad panującym bałaganem.

-- Musimy znaleźć sprawcę. Tego podpalenia. Udało nam się ustalić, że pożar miał swój początek w twoim domu. Nie zostawiłeś niezabezpieczonego kominka, prawda? To było podpalenie?

-- Obuch i jego banda za to odpowiada. -- Saso nie miał cienia wątpliwości. Widział tą prawdę, była oczywista, a on nie potrafił przewidzieć jej wcześniej. To, że pojawili się pod jego domem, świadczyło tylko o ich mobilizacji i powadze sytuacji, przynajmniej z ich perspektywy. Nie odnaleźli w sobie dość odwagi, by zrobić to wcześniej, a więc wyjątkowo zależało im na powodzeniu. On ich zlekceważył, upokorzył, nie wykazał się zainteresowaniem ich propozycją. Nie żeby, tacy jak oni, na nie zasługiwali, ale nikt nie lubi być ignorowany, a jeśli jest wystarczająco zdesperowany, w akcie zadośćuczynienia może posunąć się do wielu czynów. Zważywszy na to kim byli, ot zwykłymi bandytami, opryszkami, którzy najpewniej cudem uniknęli gorszej kary od wycieńczających prac wydobywczych na odległym krańcu królestwa, można było się domyślać, że podpalenie należało do ich kwalifikacji. Wcześniej łamali kości i napadali niewinnych, żeby odebrać im ich kilka sztuk złota, więc co stało na przeszkodzie, żeby tym razem podłożyć ogień i spalić żywcem kogoś, kto nie spełnił ich życzeń? Wykazał się głupotą, bagatelizując problem. Mógł zapobiec tej sytuacji, uratować swoich mieszkańców od utraty ich dorobków, od narażania swojego cennego życia. Wybrał zatrzaśnięcie drzwi przed nosem. Zachował się jak dzieciak, nie trzeźwo myślący przywódca, do którego miana podobno pretendował. Wczoraj był z siebie taki dumny i taki ślepy. Przez chwilę poczuł obrzydzenie do samego siebie. Wstręt, że można być kimś takim.

Zacisnął usta. Nie będzie użalał się nad swoim losem jak przegraniec. Jak słabiak, pozbawiony woli walki i ambicji do przezwyciężania trudności i rzucanych pod nogi kłód. To jeszcze nie koniec. Nie koniec jego kariery i kultywowania tego, co rozpoczął jego ojciec. Robhartowi należał się szacunek, za poświęcenie, które włożył w to miejsce. Za pracę, pełną potu i zmęczenia, którą ustawił godne życie swoim najbliższym. W końcu nie był tylko kasztelanem zapyziałego Rainerish. Od piętnastu lat pełnił funkcję Wyższego nad monetą całego okręgu grodowego, we współpracy z Gachiem Stoggią. Był kimś. I Saso też nim zostanie. Nie tymi pomiotami, na których patrzył w kopalni. Zapici, brudni i leniwi, oddani całkowicie zwierzęcym instynktom.

-- Odnajdziemy ich i zmusimy do odpowiedzialności. -- oznajmił Daakmanowi z błyskiem w oku. Wypełniła go moc. Pojawiała się już tak często, że marzył o przyzwyczajeniu się do niej, o nauce jej kontrolowania. To ona przyczyniła się do jego ucieczki z, pochłoniętego płomieniami, domu. Nie mógł w żaden sposób już temu zaprzeczyć. Rozstąpiła ogień, dokładnie tak jak to sobie wyobraził. Była czymś więcej niż tylko wspierającym głęboko ukrytym uczuciem. Jak magia, wpływała na rzeczywistość. Racjonalizm wykluczał jej istnienie. Wspominały o niej nieprzychylnie tylko najbardziej naiwne bajki, przestrzegając dzieci przed kontaktem z nią, który miał prowadzić do zguby, poddania się najmroczniejszym żądzom i całkowitemu przejęciu przez siły nieczyste. Ale nikt w to nie wierzył. Powstały, by straszyć dzieci. Kiedy układał to wszystko w głowie, brzmiało tak irracjonalnie i absurdalnie. Jeszcze miesiąc temu nie brałby podobnych myśli pod poważne rozważanie. Ale to niezwykłe coś, "magia" dawała mu o sobie znać, to jasne. Chciała by ją poznał, doświadczył i uwierzył. Potrzebowała go. Tak jak on jej. Można było tylko sobie wyobrazić, gdyby przy jej pomocy można było dokonywać jeszcze większych, niewytłumaczalnych i niczym niepopartych cudów, przy których rozstąpienie się płomieni to pestka. To, co kryło się za ścianą, mogło go do tego doprowadzić. To było źródło niesamowitej energii, niezliczonej potęgi. Jeśli chciał rozwijać w sobie swój dar, musiał strzec tej ściany.

-- Dreghone mówił, że kopalnia nie została naruszona.

-- To prawda. Jeśli o to ci chodzi, to korytarz dwa-cztery-sześć-osiem-pięć jest bezpieczny. -- Daakman uśmiechnął się znacząco. -- Byłem tam, wszystko pod kontrolą.

-- Świetnie.

-- Jeśli mogę coś zasugerować... Wspomniałem Dreghone'owi i Drake'owi, żeby zaczekali na ciebie na placu głównym, bo chciałbyś z nimi porozmawiać. Uznałem, że byłoby dobrze zapoznać się z ich obserwacjami. Każdy z nas, w momencie tego zamieszania, znajdował się w innym miejscu. Na pewno zobaczyli coś ciekawego, co mogłoby wpłynąć na nasz pogląd o sprawie.

-- Czy to sugestia, że mój wyrok jest pochopny i powinienem się lepiej zastanowić? Musisz mi zaufać, to naprawdę był Obuch.

-- Ależ nie, ufam ci. Oni są zdolni do czegoś takiego. Miałem z nimi wiele wspólnego przez krótki okres, pamiętasz? Jeśli ich znajdę, natychmiast cię o tym poinformuję. Nie zamierzam podważać twoich decyzji.

Dobrze było go mieć przy swoim boku. Jeszcze trochę i zajmie miejsce Villera. Tylko, żeby się w nim nie zakochał. Nie, to nie było możliwe. W całej swojej dwudziestotrzyletniej karierze nie doświadczył tego uczucia. Nikogo nie pokochał prawdziwie. Nikt nie był dla niego całym światem. A sam był obiektem wielu, głębokich uczuć. Te najgłębsze było matczyne. Nie wyobrażał sobie, by ktoś mógł tak kochać jak Casya Phol. Wokół biło nieznośnym żarem, a on przez moment poczuł się taki zimny.

Powieki mu opadały. Za dużo nocy poświęconych pergaminowym kartkom z piórem w ręku. Rozmyślaniem nad planami dotyczącymi rozbudowy Rainerish, łataniem metaforycznych dziur w funkcjonowaniu grodu. Zastanawianiem się nad najdogodniejszym sposobem ułatwienia trochę tego żmudnego, wycieńczającego życia mieszkańcom. Wreszcie poszukiwaniem funduszy, umożliwiających zrealizowania tego wszystkiego. W nocy zaczynała się zabawa. To wtedy do głowy wpadały, jeden po drugim, masy pomysłów. Wiele z nich było tylko marzeniami, niemożliwymi do spełnienia, przynajmniej na chwilę obecną. Ale może kiedyś. Jako iż miał słabą pamięć, zapisywał je. Kartki chował do skrzyni. A skrzynię trzymał w sypialni, obok łóżka. Na nim leżał i wpatrując się w sufit, bujał w obłokach. Ale najbardziej skupiał się na tych, które miał na wyciągnięcie ręki. Nie był idealistą. Wolał nazywać się inżynierem. Nabywał jakiś pomysł i zajmował się jego urzeczywistnieniem. Zbierał konieczne do tego środki, spędzał nad pracą potrzebną ilość czasu i oceniał efekt końcowy. Jeśli coś mu się nie podobało, niszczył to i tworzył na nowo. A jeśli czerpał z tego jeszcze przyjemność, co zresztą zdarzało mu się bardzo często, sukces był gwarantowany. Jego losy mogły się potoczyć zupełnie inaczej. W końcu ruszyłby dupsko, zająłby się czymś pożytecznym. Magister Saso Phol brzmiało bardzo dumnie. Ale czy lepiej od kasztelana? Ciężko było stwierdzić, szczególnie po przygodzie z zapałkami Obucha. Stracił to, nad czym tak sumiennie pracował. Nie lubił robić czegoś na darmo. Jego wysiłek miał przynosić korzyść, a ludzie mieli za niego okazywać mu swoją wdzięczność i szacunek. Rozumowanie było proste.

Ale nie odda się pod panowanie złości, goryczy. Te uczucia niszczą, prowadzą do samozagłady. To, czego teraz doświadczył, potraktuje jak lekcje i źródło determinacji i koncentracji. Do odbudowy tego co zostało zniszczone zabierze się już teraz, w tym momencie. Chyba, że zdeprymuje go widok pewnej, wyjątkowo naprzykrzającej się jednostki.

– Phol! Co znowu odjebałeś? – rozległ się wyjątkowo miły, sympatyczny i pełen promieniującej życzliwości głos. Akurat kiedy zbliżał się do placu głównego.

– Ciężko się na to patrzy. I śmierdzi tu dymem jak cholera. – skąd pomysł, że ten ktoś właśnie próbował odebrać mu smak życia?

Roque Haddow. Odwiedzał Rainerish od czasu do czasu. Podobno ojcowi też służył dobrą radą, kiedy przyszła mu ochota na poznęcanie się nad jakąś styraną duszą. Prawdę powiedziawszy to nie do końca wiedział kim był. Nie ubierał się jak urzędnik czy zarządca pokroju Stogii, chociaż podobieństwo charakterów mogłoby ich do siebie zbliżyć. Nie ubierał się jak nikt konkretny, ale też nie jak przeciętny zjadacz chleba. Na twarzy malowała mu się wieczna pogarda i

nienawiść do otaczającego świata. Pełna złośliwości i szyderstwa. Chyba właśnie za to tak go lubił. Bo był naprawdę sympatycznym i przezabawnym gościem. Z pewnego punktu widzenia.

– Wiesz, że masz przepierdolone? – poklepał go po plecach. Tak mocno, żeby zostały mu na nich czerwone ślady.

Ach, widok tego faceta na moment wyzbył go wszystkich trosk i zmartwień. Powietrze w jego towarzystwie wydawało się czystsze. Te muchy latające wokół jego głowy były takie urocze. Przed chwilą siedziały na gównie, a teraz fruwają mu przy twarzy.

– Jeśli Stoggia się dowie...

– Nie dowie się. – zamierzał trzymać się wyznaczonego planu.

– Ja już wiem. Nie, żebym coś sugerował.

Tylko się droczył. Był jedną z tych nielicznych osób, której mógł ufać, bez względu na czas trwania ich znajomości. Pomagał mu z tego samego powodu, co zarządca okręgu grodowego Stoggia. Praca ojca nie mogła pójść na marne. Nigdy nie powiedział tego wprost, ale skojarzenie kilku faktów nie było trudne. Pewnie otwieranie się przed innymi przychodziło mu z podobną łatwością, co Saso. Łączyło go z nim kilka charakterystycznych cech. Z tego powodu prawdopodobnie nie załamał się jeszcze psychicznie podczas kontaktu z nim.

– W tych okolicach to się nie zdarza. Na taką skalę. Te kilka domków mogą być dla ciebie jak ten pryszcz na twojej brodzie, ale rzeczywistość prezentuje się inaczej. Ważniacy z Allenstenium wyciągną konsekwencje. I na pewno nie pomogą ci z zapanowaniem nad tym burdelem, nie łudź się.

Ten zimny prysznic naprawdę nie był konieczny.

– Wiesz już chociaż kto odchrzanił ci taki cyrk?

– Ci chuligani, których miałem wpisanych do dokumentacji.

– I dobrze ci tak. Było zająć się nimi tak jak ci mówiłem.

– Żartujesz sobie? Nie wrzuciłbym ich do studni.

– I dlatego teraz jesteś cały upaprany świeżym kupskiem. Jak zamierzasz powstrzymać tych biedaków przed wygadaniem się komuś na górze? – wskazał na rannych leżących na jakiś brudnych kocach.

– Doskonale wiesz, że tego nie zrobią. Ich jedynym kontaktem z władzą jestem ja.

– Jesteś głupi czy tylko udajesz? Twoi mieszkańcy nic teraz nie znaczą. Ogień było widać nawet w Emeste, a to kawał drogi stąd. Wszędzie już o tym gadają. Nie uciekniesz. Na twoim miejscu poważnie zastanowiłbym się co im powiedzieć, jak już się tu pojawią.

Całkowicie to przeoczył. Haddow miał słuszność. Och, nie tak miało być. Jeśli znajdą ścianę... To nie może się wydarzyć. Ale jak miał temu zapobiec?

Zauważył Drake'a, Dreghone'a i Villera. Siedzieli przy fontannie.

– Ziomkowie czekają. – Haddow też ich spostrzegł. – Powiedz im o tym.

– Nie są moimi ziomkami. – skwitował prędko.

– Ale przez to, co z nimi przejdziesz, staną się nimi. Zresztą czy to ważne, *****, jak ich nazywam? Nie zastanawiaj się nad głupotami jak ostatni idiota tylko zrób wreszcie coś, żeby z tego wyjść. Bo czarno to widzę. Dosłownie. – zerknął na zwęglone pozostałości drewnianych konstrukcji w oddali z niesmakiem.

– Prawie zapomniałem. Masz. – wyciągnął z kieszeni list. – To od twojej matki. Kazała ci to przeczytać. Zrób to lepiej teraz, bo potem nie będziesz miał na to czasu. – uśmiechnął się szyderczo i gdzieś sobie poszedł. Pojawiał się w grodzie bardzo sporadycznie, ale zawsze miał coś do powiedzenia, zawsze jakąś kąśliwą uwagę, którą mógł wytknąć Saso. Błędów kasztelana doszukiwał się tak starannie, że chyba sprawiało mu to satysfakcję. Ale nigdy nie pogardził jego pomocą. Każda para rąk i język, który może podzielić się swoimi spostrzeżeniami były potrzebne. Nawet te otoczone paskudną skorupą.

Długo nie widział się z matką. Ale gdyby nie dostał tego listu pewnie nawet nie próbowałby się z nią w jakiś sposób skomunikować. Dobrze, że napisała. Miał nadzieję, że na tym brudnym od sadzy pergaminie wyczyta coś, co będzie mogło choć trochę podnieść go na duchu. Uspokoić, zasiać w nim trochę naiwnej nadziei. Najchętniej walnąłby się na łóżko i zapomniał o wszystkim, choć na chwilę, a tyle było jeszcze przed nim.Tyle nowych doświadczeń.

"Saso. Modlę się za ciebie. Wiem, że ci ciężko. Ale bądź silny. Musisz być cierpliwy, a starania zostaną wynagrodzone. Jestem świadoma tego, że nie chcesz mojej pomocy, ale wystarczy, że powiesz słowo..."

Westchnął głęboko. To były słowa, które świadczyły o tym jak troszczy się o niego, w słońce i niepogodę. Należał się jej za to szacunek, którego nie potrafił w sobie odnaleźć. Krzywdził ją wielokrotnie, a ona zawsze nieustępliwie trzymała go za rękę. Pragnął by wreszcie dostała to, na co zasłużyła. Chciał nauczyć się jej to dawać. Być silnym.

"Muszę ci to powiedzieć. Uchronić cię przed grożącym niebezpieczeństwem. W domu, w Brothissie, pojawiła się inkwizycja. Mieli ze sobą książki twojego ojca. Te, które podobno skonfiskowali ci w Allenstenium. Pytali o twój związek z nimi. W nich kryje się tylko zniszczenie. Nie możesz próbować w żaden sposób ich odzyskać. Wiem, że to był czysty przypadek, nie zdawałeś sobie sprawy z ich treści. To niedopatrzenie ojca. Musisz mu wybaczyć. Oni będą cię szukać. Nie mów im nic. I nie pozwól się skrzywdzić, błagam. Inkwizytorzy nie spoczną, póki nie wyciągną z ciebie tych informacji. Bądź silny. Kocham cię."

– Co było w tych książkach? – szepnął pod nosem. Miał już dosyć tej niewiedzy. Pomyśleć, że gdyby zaczął od akapitu wyżej, może innej strony, która powiedziałaby mu coś więcej. Szczęście nie chciało się go trzymać. Miał nadzieję, że nie skrzywdzili matki. To komplikowało sprawę. Jeśli dowiedzą się o tym pożarze, zbliży się tylko do inkwizytorów. To...

Bramy grodu stanęły otworem. Wszyscy momentalnie pokierowali swe ciekawskie spojrzenia. Wrota przekroczyła ogromna kareta, prowadzona przez cztery konie. Miała na sobie pełno błyszczących zdobień, wykonanych ze złota, najpewniej najwyższej jakości. Królewska. Za nią potężne, dumne bitewne rumaki, ukryte pod ciężkimi warstwami żelaza. Musiały ledwie znosić ten ciężar. Na nich oni, siedzieli wyprostowani. Za nimi ciągnęły się majestatycznie ciemnoczerwone szaty, na głowach kaptury. Przerażające maski przelatywały wzrokiem po otoczeniu z nieukrywanym zainteresowaniem. Te proste chatki musiały być dla nich odskocznią od miejskich, wyniosłych konstrukcji, wokół których przywykli spędzać swoją służbę. Pojawili się jak na zawołanie.

Karawana zatrzymała się przy Saso. Dokładnie wiedzieli z kim rozmawiać. Dwóch z nich zsiadło z koni i podeszło pod karetę. Zaskrzypiały małe drzwiczki. Wysiadł z nich Romarianin. Szpiczaste uszy, różowa skóra i smukła sylwetka. Długie, czarne włosy sięgały mu za ramiona. Pretensjonalny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wzrok wbił w Saso. Podszedł spokojnym krokiem i wyciągnął rękę.

– Saso Phol? Jestem Dar Cylles, ale możesz zwracać się do mnie po prostu Arc. Bardzo mi miło. – ręce zacisnęły się. – Przybywam z Allenstenium, na polecenie samego Rena Forrusa, Gubernatora Dzielnicy Czwartej. Chodzą słuchy, że macie kłopoty?

Chyba zakręciło mu się w głowie, bo omal się nie wywrócił o własne nogi. Są szybsi niż można się było po nich tego spodziewać.

Natychmiast zbiegła się połowa grodu. Niektórzy z nich widzieli coś podobnego pierwszy raz w swoim życiu. On mając wybór, wolałby nigdy ich nie spotkać. Przekleństwo za przekleństwem. Czy jakieś fatum upatrzyło go sobie jako swój cel?

"Arc" schylił się nad jednym z poszkodowanych w pożarze.

– Przetrzymują was w takich warunkach? – dotknął improwizowanych bandaży. – Dobrze, że wezwałem pomoc medyczną. Pomyślelibyście, że przyjedzie ze samej stolicy? Nie mogę pozwolić, żebyście się tu wszyscy pomordowali. Te warunki są spartańskie! – rozejrzał się wokół i zwrócił się do wszystkich zebranych.

Już nie lubił typa.

– Będziemy musieli poważnie porozmawiać o tym co się tutaj wydarzyło, kasztelanie Phol. Fakt, że pozwoliłeś na... – przerwał. Akurat kiedy Saso ukrył list pod ubraniem.

Nastała krótka cisza. Arc chciał coś powiedzieć, otworzył nawet swoje sine usta, ale do niczego nie doszło. Widocznie się rozmyślił i całe szczęście, bo jeśli przeczytałby treść tego listu, zapoczątkowałoby to tylko kolejny, pełen chaosu, rozwój wydarzeń. Wara od kartki. I najlepiej wynoś się z tego miejsca.

Dotknął ramienia Saso. Rękę miał delikatną, niestyraną pracą. Pewnie większość życia spędził za biurkiem, malując atramentowe szlaczki.

– Zniszczę cię, chłopcze. Wiem co tu wyprawiasz i co tu się wydarzyło. W szeregach masz zdrajcę. – szepnął mu do ucha.

Potrzebował świeżego powietrza, tu cuchnęło dymem, spalenizną i ludźmi, którzy narodzili się tylko po to, by uprzykrzyć mu życie.

Moc się odezwała, przypływ energii. Ale nie potrafiła go uratować. Nic już nie potrafiło.


Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...ii-a13126/

ROAD TO REDEMPTION


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości