Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 2 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział IV
02-28-2016, 06:52 PM (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-28-2016 07:06 PM przez Daakman.)
Post: #1
Legenda. Część pierwsza: Rozdział IV
LEGENDA
Kamień Filozoficzny
Rozdział IV

NARODZINY BOHATERKI



Wóz cały się trząsł, pokonując drogę wąską i pełną wertepów. To wystarczyło, by domyślać się do jak odległego i niewiele znaczącego miejsca pędził. Jakiejś wioski na krańcu królestwa. Przed oczami widziała już te proste, drewniane chatki, piaskowo-żwirowe ścieżki, dwie małe, skromne studzienki z wodą i prowizoryczną palisadę chroniącą przed zagrożeniami zgraje prymitywnych niewykształciuchów. Widok karety, którą tam dotrze, pozostawi pewnie ich w niemałym szoku. Było jej ich naprawdę żal. Na samo wyobrażenie o warunkach w jakich spędzają tam swoje życie, serce wypełniał ogromny ciężar. Nigdy nie lubiła patrzeć na takie rzeczy. Były przykre i bolesne, a ona nie znosiła cierpienia. Nie będzie dłużej o tym myśleć, bo doprowadzi się jeszcze do płaczu, a to nie był odpowiedni moment.

Weha ich tam wysłała. Kawał podłej jędzy. Wykorzystała okazję, że byli blisko. Specjalnie przerwała ich szkolenie, żeby mogli zająć się pomocą medyczną w jakimś "Rainerish". Spłonęło kilka domów i trzeba opatrzyć było kilka oparzeń, najpewniej pierwszego i drugiego stopnia. To nic wobec tego, do czego przygotowywali się przez całe lata. One miały być dla nich zniewagą. Osobiście wzięła to bardzo do siebie. Była chirurgiem, nie pielęgniarką, która mogłaby oklejać plasterkami "ałka" pacjentów na jakimś pustkowiu. Marzyła o poważnym zadaniu, nie takim, które tylko uświadomi ją jak malutkim robakiem jest w pełnych złośliwości i bezwzględności oczach zastępowej Wehii.

Nie wolno było myśleć jej w taki sposób. To nie przystawało żadnemu, szanującemu się medykowi. Przysięgała, że swoją wiedzę i umiejętności wykorzysta do ratowania ludzkiego zdrowia i życia, bez względu na to czy mieszka w Varshewii, stolicy królestwa Sadaali, czy Rainerish, jakkolwiek się to wymawia. Nie miała nic przeciwko tym biedakom z podrzędnych wiosek, wręcz przeciwnie, życzyła im jak najlepiej, byleby nie wyrządzali nikomu krzywdy. Ale zajmowanie się nimi uwłaczało jej wykształceniu. Goniła za trudnym, wymagającym zadaniem, mogącym skonfrontować jej umiejętności z brutalną rzeczywistością. Trzeba było jej wyzwania, zastosowania tych skomplikowanych rozwiązań i działań, których się uczyła, w praktyce.

Kasha wtuliła się w jej ramię. Była jej najlepszą przyjaciółką, znały się kilka porządnych lat. I nie odstępowały się na krok. Kochała ją jak siostrę.

-- Boję się. -- wyznała jej szeptem. -- A jeśli nagle czegoś zapomnę? Nie będę potrafiła zrobić jakiejś prostej czynności? Weha traktuje to jak nasz test. Musimy się tu sprawdzić, jeśli chcemy zajść dalej. Nie wiem czy...

-- Daj spokój. Będziemy zajmować się drobnymi oparzeniami. To nic trudnego, możemy to robić z zamkniętymi oczami.

Kasha zawsze niepotrzebnie się zamartwiała. Nad każdym aspektem jej życia. Taka już była, pełna wątpliwości i obaw. Nawet teraz, kiedy miała zajmować się byle "uszkodzeniami skóry, czy nawet głębiej położonymi tkankami lub całymi narządami w skutek działania ciepła, żrących substancji chemicznych, prądu elektrycznego i promieni słonecznych." Formułka z ciężkich ksiąg medycznych, które wkuwały na uniwersytecie, słowo w słowo. Uśmiechnęła się, wspominając te piękne czasy wycieńczenia i desperackich łez. W to kim obecnie była, włożyła ogromną ilość pracy i masę wyrzeczeń. Ucierpiała rodzina, chłopak. Niemalże z nią nie zerwał przez brak czasu, choćby krótką chwilę, który mogłaby mu poświęcić. Nikt nie mówił, że będzie lekko i nie było. Ale przeszła przez to z wytrwałością i samozaparciem. Udało się. Nikt nie mógł jej teraz tego odebrać. Nawet wredna zastępowa Weha.

-- Dasz radę. Wszyscy damy. Uwierz w siebie. -- spojrzała w oczy przyjaciółki. Chciała pocieszyć ją, choćby dobrym słowem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, z czym borykała się ta dziewczyna. Głowę Kashy większość czasu zaprzątały kompleksy, wyimaginowane problemy, które stwarzała sobie, marnując czas na bezsensowne rozmyślanie. W środku tej osóbki siedział tylko smutek i depresja. Jej marzeniem było, by móc pomóc w jakiś sposób swojej przyjaciółce. Rozwiązać jej problemy. Zakończyć to pasmo bólu. Ale nie potrafiła. Nie znała dobrego sposobu, to nie były jej mocne strony. Czasem sama odnajdywała w sobie to cierpienie, wstydziła się tego faktu i nie było nikogo, kto mógłby się o tym dowiedzieć, kto mógłby poznać o niej tą prawdę. Zawsze wydawało się jej, że jest silna, nieugięta. W towarzystwie Kashy to się zmieniło, jak by zaraziła się tym przygnębieniem. Powodów takiego myślenia mogło być jednocześnie wiele, albo ich brak.

Scibby rozwinęła pergaminową kartkę. Była niepisanym liderem zastępu Talba.

-- Przypomnę wam nasz cel, uwaga. Proszę o uwagę. Zmierzamy do Rainerish, małego grodu nieopodal północno-wschodniej granicy królestwa. Wiem, że wszyscy czują się oburzeni, uważają że zasłużyliśmy na coś więcej. Ale jesteśmy medykami, nie wolno nam odmówić okazania komuś pomocy. Podejdziemy do tego z pełnym profesjonalizmem, w końcu nie jesteśmy byle kim, prawda? To miejsce strawił pożar. Są ranni, w zdecydowanej większości to oparzenia. Może to nam wydawać się bardzo łatwe zadanie, proszę całkowicie odrzucić tą myśl. Tylko niepotrzebnie będzie mieszała nam w głowach. Rozumiemy się?

Dobrze wychodziły jej te przemowy. Zadba o to, by te słowa nie poszły na marne. Zastosuje się do nich. I wykona swój obowiązek jak należy.

Wyjrzała przez małe okienko. Tak jak to sobie wyobrażała, mała palisada otaczała gród. Zza niej można było dostrzec już budynki. Tu też sprawdziła się jej intuicja, były bardzo proste i w większości wykonane z drewna. Gdyby zastosowano mniej tego taniego budulca może do pożaru w ogóle by nie doszło? Było też kilka doszczętnie zwęglonych konstrukcji, wokół bez wątpienia walały się po nich pozostałości. Kimkolwiek był kasztelan, musiał mieć urwanie głowy z ogarnięciem zamieszania. Ale przybyli tutaj, by mu pomóc. Złożyła ręce i zacisnęła usta. Dość już było wygrzewania się na przyjemnej tapicerce siedzeń karety, praca czekała. Poklepała Kashę po ramieniu i obdarzyła serdecznym uśmiechem. Chciała jej powiedzieć "wszystko będzie dobrze".

Kareta zatrzymała się przed bramą. Po krótkiej wymianie zdań pomiędzy woźnicą, a kimś w strażnicy, stanęła przed wozem otworem. Dotarli do miejsca, które pełniło chyba funkcję jakiegoś placu głównego. Duża przestrzeń, wokół domy, dwie małe ścieżki i jedna główna, prawdopodobnie będąca przekrojem dla całego grodu. Widziała leżących rannych i tych, którzy opiekowali się nimi, a przynajmniej próbowali. Było tam też kilku inkwizytorów, dziwne miejsce dla takich jak oni. Ostatnio widziała ich w stolicy, dotrzymywali kroku jakimś wysoko postawionym urzędnikom. Tu też musiał znaleźć się co najmniej jeden, skoro krzątali się po takiej dziurze. Ale w byle osadzie na krańcu królestwa? Coś musiało się tu zdarzyć, coś niestandardowego.

Zastęp Talba wyszedł na zewnątrz. Na czele z Casyą "Scibby" Sciban kolejno; Mace Piejko, Nathema Nemila, Madhura Zilek i Madhura Fater, Suzanne Wise, Dominice Durd, jej najlepsza przyjaciółka Kasha Hayak i ona: Alinya Hrypel. Dziewięcioosobowy zespół najlepiej zapowiadających się medyków w całej stolicy. Tutaj. W malutkim grodzie na horyzoncie znanego świata. Scibby sprawdziła obecność, nikogo nie brakowało i wszyscy zdawali się być gotowi do pracy. Pojawił się wysoki, szczupły Romarianin, o kruczoczarnych, długich włosach, ubrany w elegancki, ale przewiewny i wygodny strój. To on chyba ich tu sprowadził.

-- Waszym reprezentantem jest...

Scibby wyciągnęła rękę i przedstawiła się.

-- Miło mi. Dar Cylles. Ale wygodniej dla mnie i dla was będzie, jeśli będziecie do mnie mówić Arc. Rozgośćcie się, rozłóżcie namioty. Zróbcie co macie zrobić porządnie. Uratujcie ich wszystkich, czy coś. -- i zniknął.

Wymienili pomiędzy sobą spojrzenia. Dziwne powitanie. Pozostało tylko wziąć się do roboty.

-- Miałeś szczęście, że to tylko zwichnięcie. To już wszystko, możesz wracać do bliskich. -- pożegnała pacjenta z uśmiechem. Który to już był?

-- Bułka z masłem. -- oznajmiła Kashy. Zostały przydzielone do jednego namiotu. Był jeszcze Piejko, ale wyszedł za potrzebą. Tyle nauki i takie zajęcie. Ciężko było powstrzymać się przed uzewnętrznieniem gromadzącego się w środku żalu. To nie było na umiejętności, jakie reprezentowała Talba. Chyba musi się przewietrzyć.

Było już ciemno. Zapalono pochodnie, żeby umożliwiały dalsze sprzątanie po pożarze. Podobno ktoś podłożył ogień pod dom samego kasztelana. Ludzka głupota nie miała granic. Ale czego można było się spodziewiać po tych wioskowych głupkach? To miały być swojego rodzaju porachunki. Typowy facet: zawsze od rozmowy będzie wolał pięść. A ten mniej rozgarnięty doda do tego jeszcze ogień.

Rozległ się dźwięk brzęczącej stali. Zbliżali się inkwizytorzy. Spostrzegła ich. Ciągnęli za sobą jakiegoś długowłosego blondyna. Chciał iść sam, ale nie dali mu tej możliwości. Z drugiej strony nadciągał Arc. Miał ten sam wyraz twarzy co przy powitaniu, ten sam sztuczny, wymuszony uśmiech, na którego widok zaciskały się człowiekowi pięści. Ich drogi skrzyżowały się na środku placu. Zaczęli rozmawiać, ale byli za daleko, żeby mogła usłyszeć konkretne słowa. Blondyn dostał w twarz z żelaznej rękawicy jednego z tych zakapturzonych osiłków. Ten widok nią wzdrygnął. Ale on wypłuł tylko krew i mówił dalej. Nie zważali na zbierających się wokół nich ludzi, tylko robili co do nich należy. Wtem chłopak powiedział coś, co namalowało na twarzy Arca szyderczy wyszczerz. Ruszyli w głąb grodu.

Alinya zajrzała jeszcze raz do namiotu, spojrzała na Kashę. Była zajęta porządkowaniem bandaży. Świetnie.

-- Kasha, pozwól, że wyjdę na chwilę. -- mruknęła pod nosem, złapała za kawałek szmatki, którą będzie mogła się okryć jak już zrobi się chłodno i wybiegła w pośpiechu, goniąc za aktualnymi wydarzeniami. Nic się nie stanie jeśli przez chwilę będzie ich obserwatorką. To bez wątpienia będzie ciekawsze od przesiadywania tutaj i opatrywania jakichś drobnych, niezagrażających oparzeń.

Nie poświęciła nawet chwili na zaznajomienie się z okolicą, tak więc w pogoni za Arcem i tym jasnowłosym, młodym mężczyzną, kierowała się wyłącznie kobiecym instynktem w orientacji w terenie, albo raczej jego brakiem. Przez chwilę się nawet zgubiła, co wcześniej wydawało się jej niemożliwe, gdy patrzyła na te kilkanaście, stojących obok siebie domków. Minęła karczmę, jakiś stary magazyn, potem jeszcze raz karczmę, która sprawiała wrażenie całkowicie innej karczmy, a w rzeczywistości była tą samą, którą napotkała kilka minut wcześniej, następnie pokonała długą prostą i właściwie nie wiedziała już dokąd zmierza. Ale usłyszała wrzaski. Czy należały do tego blondyna? Zamierzała się przekonać, podążając za dźwiękiem. Tak wreszcie dotarła do miejsca, w którym Arc spotkał się jeszcze z jakimś trzema, innymi mężczyznami. Jeden był ciemnowłosy, z niezwyczajnie ukształtowaną czaszką, był przez nią nawet trochę uroczy. Drugi wysoki, o poważnym grymasie, dużo starszy od pierwszego. To ostatni się tak wydzierał, ciężko było określić jego rysy twarzy kiedy buzię otwierał szeroko w desperacji. Z czegoś się chyba tłumaczył.

Ostrożnie zbliżyła się na taką odległość, by mogła słyszeć co mówią i schowała tak, by żadnym sposobem nie mogli jej zauważyć. Z tej perspektywy widziała tylko tył ich głów. Ale dosyć było przypatrywania się im profilom. Nadszedł czas, by wytężyć słuch.

-- Kłamliwy skurwiel! Nie mam z tym nic wspólnego!

-- Lunister widział jak związywałeś ich i ciągnąłeś do tamtego lasu! -- rozległ się oskarżycielski ton Arca. -- Ma na to dowód. Twoje buty, całe umazane we krwi. Zapomniałeś o nich, kiedy zmieniałeś ubranie. Musiałeś nieźle się ubrudzić, skoro było to konieczne.

-- Niby kiedy miałbym mieć na to czas?! Cały dzisiejszy dzień spędziłem na opanowywaniu tej chorej sytuacji! Cokolwiek wam powiedział Drake, to wyssane z palca brednie! Kasztelan Phol może potwierdzić moją wersję, byłem z nim przez chwilę.

-- Ale tylko przez chwilę... -- odezwał się ktoś inny, chyba kasztelan.

-- Nie musiałeś do tego doprowadzać. -- ciągnął Arc.

-- Do CZEGO doprowadzać?!

-- Najpierw sprytnie przekonałeś Tagata Mewewe i jego grupę do podpalenia domu kasztelana Phola, a potem zabiłeś go z zimną krwią, tak żeby nie dało się zakwestionować wiarygodności twojego alibi. Ale nie przewidziałeś sytuacji, w której ktoś cię przypadkowo zobaczy i opowie wszystko, co widział dalej. Tą osobą był Drake Lunister. -- Arc zbliżył się do oskarżonego na odległość kilku milimetrów. -- Spróbuj mu coś zrobić. Od tej pory podlega ochronie świadków. Zresztą... Macie tu gdzieś jakąś klatkę? Spędzisz tam noc czy dwie, dopóki nie zabiorę cię do Allenstenium i tam ostatecznie rozwiążemy twoją sprawę, po tym jak przyznasz się do winy.

Do Allenstenium? Ojejku, ten biedak musiał wplątać się w coś naprawdę poważnego skoro chcą go zabrać aż tam. Normalnie wyrok najprawdopodobniej wydałby kasztelan. Nawet, gdy chodzi o czyjąś śmierć. Jej ojciec pracował blisko takich spraw. Dużo zasłyszała o sądowniczych zwyczajach. W grę bez wątpienia wchodziła ogromna stawka, jeśli tak poważnie traktował ją jeden z bliskich współpracowników Najwyższego Zgromadzenia.

Teraz już wiedziała kim dokładnie był i skąd się wziął Dar Cylles. Z tej kryjówki świetnie było widać łańcuch przymocowany do pasa, na którego końcu wisiał królewski hak. Po nim rozpoznawano podwładnych najściślejszej elity na czele z królem, decydujących o losach państwa. Dziwne, że nie dostrzegła go wcześniej. W takim razie "Arc" był sporą szychą, którą należało obdarzać naprawdę godnym traktowaniem. I znalazł się tutaj? W jakim celu? Czyżby członkowie zastępu Talba nie byli jedynymi, którzy zostali zesłani do tego niskiego progu, jakim było Rainerish, całkowicie nie zważając na ich wysokie, długi nogi?

-- Drake, ty *****! -- posądzony wysyczał w gniewie. Był otoczony przez nieprzychylne mu osoby ze wszystkich stron. Musiał czuć się okropnie z faktem, że nikt mu nie wierzy. Jej wydawał się niewinny. I całkowicie bezbronny. Te słowa, które wykrzykiwał, może nie polepszały jego sytuacji, ale sprawiały wrażenie szczerych. Ale ledwie go widziała od pleców, nie miała prawa w żaden sposób go oceniać, a już tym bardziej tych, którzy próby jego oceny się podjęli.

Inkwizytorzy wyprowadzili chłopaka. Przez chwilę miała go na wyciągnięcie ręki, tak więc mogła przyjrzeć mu się lepiej. Miał przyjemną, okrąglutką twarz i niespotykane żółte oczy. Wszystko znajdowało się pod brązową czupryną. Prezentował się całkiem wdzięcznie, nawet kiedy szarpał się i miotał, rzucając przekleństwami. Tylko był trochę brudny, jak to na wioskowego chłopca przystało. Nie do końca wiedziała, co miała na myśli, kiedy używała tego słowa, choć zdarzało się to jej bardzo często.

Poczekała chwilę, aż sobie pójdą. Te kilka minut, które poświęciła na bezwartościowe przesiadywanie w kryjówce skłoniło ją do rozmyślań. Zastanawiała się, co czeka tego oskarżonego chłopaka. Może uda mu się wykaraskać z opresji, w jakiej się znalazł? W głębi serca coś w niej jednak liczyło na to, że jest niewinny i zostawią go w spokoju. Zawsze wolała wierzyć, że w ludziach przeważa ta dobra strona, a zło, które czynią, to tylko ich chwilowe, wewnętrzne załamania. Kryzysy, przez które z odpowiednią pomocą dzielnie przechodzą, pokonują. Taka rzeczywistość mogłaby się wydawać przyjaźniejsza życiu i jego ewolucji. Ona właśnie była ludzkości potrzebna. Nie ten zastój, w którym ugrzęźli po kolana. Zastój, który serwowały wszystkie te wojny, zbędne konflikty i nieporozumienia, takie jak to. Miała nadzieję, że to tylko nieporozumienie.

-- Dobra kryjówka. -- na widok kasztelana podskoczyła. -- Ale przede mną się nie ukryjesz.

-- Przepraszam? -- spuściła głowę i odparła niepewnie.

Nie wyglądał na zezłoszczonego. Ton głosu miał zmęczony i zrezygnowany. Przyglądając się jego twarzy można było wyciągnąć podobne wnioski. Przetarł oczy i usiadł obok Alinyi.

-- Jesteś z tego zastępu medycznego ze stolicy?

Skinęła głową.

-- Więc nie muszę się chyba przejmować tym, co tutaj usłyszałaś. Świetnie.

-- A ty jesteś kasztelanem Rainerish?

-- Tak. Młodziutki, co? Gród dostałem w spadku po ojcu. Niedawno zmarł.

-- Przykro mi.

-- Mi też. Ale chyba bardziej dobija mnie to, co się teraz wokół mnie dzieje. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się tych wszystkich komplikacji.

-- Ten chłopak, którego wyprowadzili inkwizytorzy... -- odzywała się półgębkiem i z lekkim zażenowaniem.

-- Nazywa się Dreghone Garre. To mój skarbnik, jeden z moich najbliższych podwładnych. Ale inny podwładny widział podobno jak ten sam Dreghone porywa i przetrzymuje osoby odpowiedzialne za pożar. Podejrzewają go o wielokrotne morderstwo, po tym jak nakłonił ich do wywołania tego całego zamieszania. Nie chciał, żeby pisnęli choćby słówkiem, więc pozbawił ich życia.

Wypowiadał się z ciężarem, głęboko schowanym bólem. Starał się to ukrywać, ale za bardzo go to wypełniało, by nie dało się tego usłyszeć.

-- A ty? Wierzysz w tą wersję? -- zapytała.

-- Nie mam pojęcia, w co wierzę. Żadnego z nich nie znam dość dobrze, by móc im ufać na słowo. W słowo Dreghone'a nie mogę wierzyć w szczególności. Jest tu, bo oszukiwał i zarabiał na tym spore pieniądze. To łgarz. Możliwe, że tym razem też kłamie.

-- Co dałby mu zamęt w grodzie?

-- Powiedzmy, że jest tu coś niezwykle wartościowego, ponadprzeciętnego. Chaos ułatwiłby mu dostanie się do tego. Reszta, zajęta walką z płomieniami, nie zdążyłaby się nawet domyślić o jego planach.

-- Gdyby rzeczywiście to zrobił, już by tu go nie było.

-- Tak, ale tylko w przypadku, gdyby jego plan się powiódł. Coś nie poszło po jego myśli, więc musiał odpuścić i pozbyć się świadków. A oni byli jedynymi. Tak mu się przynajmniej wydawało, gdyby Drake, ten blondyn, się nie wygadał. Mówi, że go widział.

-- To brzmi całkiem sensownie.

-- Ale wymaga weryfikacji. Gość z tym wkurwiającym wyszczerzem...

-- Arc.

-- Tak, Arc. Ma się tym zająć. Ale to nie główny cel jego wizyty.

-- Przybył tu po to wartościowe coś.

-- Ta. Chyba nie powinienem był ci o tym mówić. -- podrapał się po głowie.

-- Spokojnie. Możesz mi u... -- uśmiechnęła się.

-- Nie mogę. Wydaję mi się, że nikt nie jest tego godzien. Trzeba radzić sobie samemu.

-- To chyba niemożliwe.

-- Wiem coś o tym... -- zamarł na chwilę, pogrążając się w myślach, po czym dodał:

-- Gdzie moje maniery, jestem Saso Phol. -- wyciągnął rękę. Cała był w sadzy. Prawdę powiedziawszy twarz też miał w niej umorusaną. I tłuste włosy. Okruchy pomiędzy nimi. Czy to gruz? Nie wypadało jej nie odpowiedzieć tym samym.

-- Alinya Hrypel. -- dłoń wystawiła ostrożnie, ale na nic się to nie zdało. Kasztelan i tak potrząsnął nią mocno, jak by miał być to jego pokaz siły.

-- Alinya? -- dodał jeszcze. -- Ledwie potrafię to wymówić. Co to za chore imię? Pozwól, że uniknę złamania sobie języka. Będę ci mówił "Linijka".

Linijka? Hej, czy to była aluzja do jej biustu? Wcale nie była płaska. Następnym razem ubierze większy dekolt, żeby sobie nie myślał. I co to za bezczelne komentarze odnośnie jej imienia? "Saso" wcale nie było normalniejsze. Przecież to imię nie brzmi nawet poważnie.

-- W porządku? -- przytaknęła z konsternacją.

-- Spokojnie, to ja powinienem być zakłopotany. Nie będę ukrywał, że dawno nie rozmawiałem z dziewczyną. Żadną normalną dziewczyną.

Czy to jakiś obrzydliwy zbok? Czy powinna zacząć już uciekać?

-- Jak mam to rozumieć? -- odparła ostrzejszym tonem.

-- Jak świadectwo mojego całkowitego braku umiejętności rozmawiania z wami. Pewnie się tym wygłupiłem, co?

-- Troszeczkę.

Uff, po prostu był frajerem. Prawie jak ona. Może się dogadają.

Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy. Ten moment prezentował się szczególnie nieporadnie, kiedy rozglądało się wokół i przypomniało sobie, że siedzi się właśnie z obcym facetem w małym, ciasnym zakamarku pomiędzy budynkami, przeznaczonym do składowania odpadów. Akurat o tym pomyślała i coś podpowiedziało jej, żeby natychmiast wstać. Zrobiła to. Otrzepała ubranie. I za wszelką cenę unikała kontaktu wzrokowego z Saso.

Co ciekawe, on nie wyglądał na takiego, który przejmowałby się niezdarnością sytuacji. Zaczął obgryzać sobie paznokcie i chyba całkowicie zapomniał, że kilkanaście sekund temu jeszcze z nią rozmawiał. Cóż za niespotykany przypadek. Postanowiła, że to zignoruje i kontynuuje rozmowę.

-- Dlaczego mi o tym wszystkim powiedziałeś?

Na szczęście ją usłyszał. Pokierował wzrok, trochę zagubiony jeszcze we własnych myślach. Zacisnął usta, coś chciał powiedzieć.

-- W sumie to... Nie mam pojęcia. Kurcze, to było głupie. Wiesz, strasznie słabo się czuję. Jestem tu cztery miesiące i ani chwili spokoju. Ciągle coś się dzieje. Zwykle to kłopoty. Ale nie waliły się jeszcze tak na mnie jeden po drugim jak teraz. Będzie ciężko z tego wybrnąć. Ten Arc rozpęta tu piekło. Praktycznie już to zrobił. Nie wiem co dalej robić.

Był osobliwy, ale też szczery i uczciwy. Był wiarygodnie przejęty. I naprawdę nie miał pojęcia co dalej. Ale nie wyglądał na takiego, który zamierzał się poddać. Kasha mogłaby z niego pewnie wziąć przykład. Jej przyjaciółka już siedziałaby zapłakana w kącie i użalała się nad własnym losem. Właśnie, trzeba go jej przedstawić. Zaproponuje to teraz. Nie. Na pewno nie ma na to czasu. W końcu to kasztelan. I zwalił mu się ten cały burdel na głowę.

-- Może mogłabym ci jakoś pomóc?

Nie odpowiedział nic tylko przymrużył oczy. Ciągle się nad czymś zastanawiał. To nie dawało mu spokoju. Duchem był gdzieś indziej. Chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej. Jakichś konkretów. To brzmiało jak początek dobrej przygody. Tego właśnie potrzebowała. Odskoczni od stolicy, od Talby i od Wehii.

Jego towarzystwo niezwyczajnie na nią wpływało. Przy nim czuła coś niestandardowego. Nie, nie zauroczyła się w nim w żaden sposób. Był słodki, ale coś jak jej młodszy braciszek, Vayt. Nic poza tym. To uczucie, gnieżdżące się w jej środku, było nowe, do tej pory przez nią nieodkryte. Ten chłopak był inny od reszty, przez co wręcz intrygujący. Poczuła nagłą potrzebę zbliżenia się do niego, do tego miejsca. Zabawne. Ledwie pół godziny temu miała jeszcze dosyć tego grodu, jego okolic i wszystkiego z nim związanego. To uczucie, to był tylko zalążek, ale równocześnie było czymś więcej niż to, do czego do tej pory była przyzwyczajona. Ciągi literek i sterty logicznych układanek. To było coś innego. Świeżego. I potrzebnego.

-- Każda para rąk jest potrzebna. -- wydukał. -- Problem jest taki, że cię nie znam. Widzę cię pierwszy raz na oczy. I jesteś z Varshewii. Podobno nie wolno wam ufać.

-- A jednak zdecydowałeś się wylać mi swoje żale.

-- To był błąd.

Nie chciała, żeby tak mówił.

-- Wracaj do swojego obozu, do swoich towarzyszów. Zajmij się moimi ludźmi, tak możesz mi pomóc. Przecież po to tu jesteś. Żeby zająć się ich obrażeniami.

-- Są niegroźne. Z tego jednego powodu możesz przynajmniej spróbować spać spokojnie.

-- Och, Linijko. -- obdarzył ją ironicznym uśmiechem i dotknął ramienia mówiąc. -- Bagno, w jakie wpakowało się moje małe, biedne Rainerish nie pozwoli mi choćby na chwilę odpocząć na moim wygodnym, skórzanym fotelu.

-- A no tak. Jest jeszcze jeden powód. Mój fotel spłonął doszczętnie razem z moim domem. -- dodał i zachichotał. Poczucia humoru nie można mu było odmówić. Ona by tak nie potrafiła.

-- Przynajmniej ty jedna poprawiłaś mi samopoczucie. -- machnął na pożegnanie brudną dłonią i po chwili już go nie było. Zniknął za budynkami.

Życzyła mu powodzenia. I miała nadzieję, że na coś się one zdadzą, że los będzie mu sprzyjał. Liczyła też, że jeszcze się spotkają i będzie miała okazję lepiej zrozumieć fenomen jego osoby, który właśnie odkryła. A może to nie był on, a całe to miejsce? Przypatrując się mu teraz, potrafiła nawet znaleźć w nim swojego rodzaju urok. Ta prostota domków, swojska atmosfera – miały w sobie coś wartościowego.

Cóż za przemiana bohaterki. Godna jakiegoś porządnego opowiadania. Ona nie potrafiła pisać, a przynajmniej nie wystarczająco dobrze, by odważyć się kiedyś na popełnienie literackiego dzieła. Ale może ktoś z jej otoczenia? Na ten moment nie udawało jej się skojarzyć kogoś takiego, ale wszystko było jeszcze przed nią. Może kiedyś...


Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...iv-a13375/

ROAD TO REDEMPTION


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości