Nasze IP:  s1.minecraftpolska.pl        Tutaj kupisz konto: VIP, SuperVIP lub Heroes
Wspomóż nasz serwer oraz nasze forum - przekaż darowiznę klikając poniżej:

 
Ocena wątku:
  • 2 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Legenda. Część pierwsza: Rozdział V
02-28-2016, 06:58 PM (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-28-2016 07:02 PM przez Daakman.)
Post: #1
Legenda. Część pierwsza: Rozdział V
LEGENDA

Kamień Filozoficzny

Rozdział V

KIM TAK NAPRAWDĘ JESTEŚ?



– Ze snu wybudziły mnie krzyki. Wstałem i pobiegłem sprawdzić co się dzieje. Jak tylko zobaczyłem płomienie, które na dodatek pędziły w moją stronę, prędko nałożyłem coś na siebie i ruszyłem z pomocą.

– Drake mówił, że na tamtą noc nie wróciłeś do domu.

– Co takiego? A niby dokąd w takim razie miałem się udać?

– Nie wiem. Myślałem, że ty mi powiesz.

Od Dreghone'a oddzielały go tylko grube, więzienne kraty. Oskarżony chłopak siedział w małej, jednoosobowej celi. Cuchnęło od niego na kilometr, tłuste włosy przyklejały się do świecącego czoła, a brud zaczynał powoli na stałe przytwierdzać się do ciała. Ostatnio mył się pewnie przed pożarem. Możliwe, że ostatni normalny posiłek odbył w podobnym terminie. Traktowali go tu bardzo surowo i bezwzględnie, nie zważając na to czy wyrok w jego sprawie został już wydany czy też nie. Chociaż w oczach śledczych i sędziów jego losy najprawdopodobniej były już przesądzone. Saso pozostało tylko upewnić się czy reszta życia, jaką Dreghone spędzi w więzieniu lub na Wygnańczej Wyspie, będzie karą sprawiedliwą i adekwatną do popełnionych przez niego występków.

Prawdę powiedziawszy wolał, by sprawca zamieszania w jego grodzie do samego końca pozostał tak oczywisty i jasny, jak był nim teraz Dreghone Garre, skarbnik i główny magazynier Rainerish. Mniej komplikacji to mniej kłopotów, zbędnego trudu i zmarnowanego czasu. Ich oszczędzenie było tu kluczowe. Jego nieobecność w grodzie w żaden sposób nie była mu na rękę, a powierzona tymczasowa władza i opieka Villerowi była niczym więcej jak Coreperem, nocną bestią mającą w zwyczaju dosłownie wybuchać, kiedy poczuje się zagrożona. Shyke prędzej czy później coś odchrzani. Nie można mu na to pozwolić.

– Jesteś łgarzem. Zaplutym, obrzydliwym kłamcą, który nie jest godzien żadnego zaufania. – zaczął Saso. – To nawet nie są moje słowa. Tak pisze o tobie twój własny brat. Spójrz. – z kieszeni wyciągnął kawałek pergaminu. – Drake zasugerował mi napisanie do niego.

– Ten dzieciak ma ledwie paręnaście lat. Nic nie wie o życiu. – Dreghone starał się zachować spokój, ale mina zrzedła mu, kiedy usłyszał o Adasie.

– Co z tego? Ważne, że umie czytać i odpowiadać na korespondencje.

Odchrząknął i zaczął odczytywać:

„Dreghone to najpodlejszy, najbardziej egoistyczny skurwysyn, jakiego można napotkać na swojej drodze. W swej bezczelności jest w stanie posunąć się nawet do wyzyskiwania własnej rodziny. Nie zależy mu na nikim, tylko na własnych korzyściach. Żałuję, że..."

– To tylko jego subiektywna opinia. Ten list nie ma żadnej wartości póki nie przedstawi konkretnych faktów, wydarzeń...

– Dalej jest tylko ciekawiej. Mam kontynuować?

– Dlaczego to robisz? – Dreghone usiadł na zimnej podłodze i ukrył twarz za dłońmi. Czyżby Saso właśnie odnalazł jego newralgiczny punkt?

– Chcę ci tylko udowodnić, że dopóki nie zaczniesz mówić w konkretach, nie przedstawisz mi żadnego twardego dowodu, który mógłby uwolnić cię od zarzucanych ci czynów, nie mogę zdać się na twoje słowo, ani nawet próbować ci wierzyć.

– To co zrobiłem swojej rodzinie to przeszłość. Przecież pracuję dla ciebie już cztery miesiące. Czy czymś ci zawiniłem?Zrobiłem coś, co może mnie teraz stawiać w złym świetle?

– Pamiętam o tym. Ale muszę pamiętać również o tym co robiłeś zanim się u mnie pojawiłeś i to, co wpłynęło na twoje pojawienie się u mnie. Wszyscy z twojego otoczenia jednogłośnie stwierdzili, że byłbyś zdolny do zarzucanych ci win. Jesteś osobą nieprzewidywalną, pokrętną, myślącą wyłącznie o własnym interesie. Kiedy wysłuchuję tych wszystkich epitetów, jakie służą określeniu twojej osoby, zaczynam zachodzić w głowę jakim cudem zatrzymałem cię na stanowisku skarbnika. W każdej chwili mogłeś wprowadzić do raportu błąd i zagarnąć część przychodów dla siebie czy wykraść coś z magazynu, nad którym opiekę ci całkowicie powierzyłem.

– Ale nie zrobiłem tego. – Dreghone spuścił głowę.

– Nawet teraz mnie okłamujesz. Nie było cię tamtej nocy we własnym domu, dokładnie tak jak powiedział Drake. Wykradałeś zapasy. Podobno masz skrytkę w jaskini na południe od kopalni? Składujesz tam pożywienie, broń i narzędzia. I nazbierało się już tego trochę. Drake oszacował, że robisz to już od kilku tygodni.

To naprawdę wystarczyło by móc stwierdzić winę Dreghone'a. Przedstawiając to sędziom na rozprawie, która miała się odbyć dokładnie za dwie godziny, Garre zostałby skazany na sromotną porażkę. Motyw był wiarygodny: wykorzystując wywołane przez siebie zamieszanie, chciał przebić się przez magiczną ścianę, zabrać bogactwo, którego tam się spodziewał i ucieć. Był przekonany, że kosztowności, które tam znajdzie pozwolą mu wrócić do życia w luksusie i wyczyszczą jego kartotekę. Nie musiałby żyć jak szczur, ukrywając się przed królewskim wymiarem sprawiedliwości. A w kryjówce gromadził ekwipunek, który miał mu pomóc w wykonaniu tego planu. To by znaczyło, że zamierzał w jakiś sposób uciec z grodu już dużo wcześniej, a odkrycie pradawnego muru potraktował jako idealną okazję.

– Kto ci powiedział? O ścianie w korytarzu dwa-cztery-pięć-sześć-osiem?

Dreghone ciężko odsapnął. I zbladł.

– Ja... Cokolwiek powiem to nie ma już znaczenia. Teraz już to widzę. Mój los jest przesądzony. To wszystko wygląda tak jak bym rzeczywiście...

Saso opuścił celę. Tyle mu wystarczyło. Potraktował to jak przyznanie się do winy.

Wyznaczyli im prywatną kwaterę, w której mogli chwilę odpocząć i przygotować się do zbliżającego się procesu. Gościli ich lepiej, niż Saso mógłby się tego spodziewać.

– Parszywy *****. – Daakman starannie budował kolejne zdania o Dreghonie. – Nas też mógł pozabijać, gdybyśmy weszli mu w drogę. Całe szczęście, że zatrzymała go własna głupota i arogancja. Nie pomyślał, że ta ściana jest niezniszczalna.

– Spierałbym się z tym stwierdzeniem. Na pewno jest coś, co mogłoby pozwolić nam przebić się przez strukturę...

– Nie udawaj, że masz jakiekolwiek pojęcie o czym mówisz, Drake. – pseudonauka, jaką uprawiał blondyn powoli zaczęła go irytować. I to „nam". Niech baran sobie nie myśli, że ma uprawnienia do zajmowania się, czy nawet myślenia o ścianie. Zresztą, teraz to już bez różnicy. Kiedy pojawił się Arc i inkwizytorzy...

– Teraz to już bez różnicy. Kiedy pojawił się Arc i inkwizytorzy stała się ona ich własnością. – Daakman dosłownie wyjął mu to z ust. Prawie jakby czytał mu w myślach.

– Podziękowania należą się Garre'owi. Szmaciarz. – dodał, sycząc w złości.

Skazaniec zaczął niestandardowo emocjonować się całą sytuacją. Ten spokój, jaki emanował od niego zaraz po zapanowaniu nad żywiołem i żółć, jaką oblewał obecnie Dreghone'a i wszystko, co z nim związane, tworzyły dziwny kontrast. Czyżby możliwość zrzucenia na kogoś odpowiedzialności wyzwoliła w nim ukrywane pokłady gniewu?

– Przystopuj, kogucie. Jeszcze będziesz musiał cofać te słowa. Niczego nie wiemy na pewno.

– I prawdopodobnie się nie dowiemy. Opieramy się na poszlakach, domysłach i domniemaniach. Ale musimy wydać jakąś opinię, wysnuć jakieś stwierdzenie. Gdyby nie chodziło o tą magiczną ścianę we wnętrzu ziemi proces ciągnąłby się pewnie miesiącami, analizowaliby każdy szczegół kilkunastokrotnie, doszukując się chorych teorii i przegapiając jedną, tą prawdziwą. Całkowicie zignorowaliby fakt, że sprawca jest podany na tacy. Los nam sprzyja, bo pod nadzorem Najwyższego Zgromadzenia wyrok poznamy pewnie jeszcze dzisiaj. Tacy jak oni nie pierdolą się w tańcu, to pewnik. I możemy być im za to wdzięczni. Im szybciej opuszczę to zbiorowisko obłudników i kurew, tym lepiej.

Ta niezachwiana pewność Daakmana skłoniła Saso do większego zastanowienia. Było w nim już coś takiego, że zawsze poszukiwał kontrargumentów, czegoś, co pozwoliłoby mu objąć przeciwne stanowisko. Co jeśli Dreghone jest niewinny? Czy zaboli go sumienie, kiedy pomyśli o swoim niedoszłym skarbniku spędzającym swoje ostatnie dni na Wygnańczej Wyspie, koszmarze każdego przestępcy i będzie to los, na który w żaden sposób sobie nie zasłużył? Nie był święty, w końcu zdążył już skrzywdzić swoją rodzinę, ale Saso pod tym względem był tylko nieznacznie lepszy. Każdy miał coś za uszami. Pytanie brzmiało: co miał Dreghone Garre?

Okropna perspektywa bycia gladiatorem na którejś z legendarnych aren wyspy. Jak robak dzień w dzień walczyć o życie w śmiertelnych starciach z najobrzydliwszym bandyctwem królestwa, nie tylko Sadaali, ale i jego sąsiadów, albowiem Wygnańcza Wyspa pozostawała terytorium całkowicie neutralnym, skupiającym każdego zasługującego sobie na to obywatela całego kontynentu Dalharis. Jeśli Dreghone zostanie uznany za winnego, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że zostanie również potraktowany jako godny tego przerażającego miejsca. W końcu chodziło o tajemniczy, historyczny artefakt – kawałek ściany z dziwacznymi wzorkami, od której biła niezidentyfikowana energia. Dla samego Arca była to już sprawa najwyższej wagi, co dopiero dla mądrych głów wydających mu rozkazy ze stolicy.

Już prawie zapomniał, że początkowo planował zataić jej istnienie. Wierząc w taką możliwość, wykazał się niespotykaną naiwnością, Haddow miał pod tym względem całkowitą rację. Dobrze, że nie był tu obecny. Wówczas Saso nie zmusiłoby już nic do skupienia myśli, które i tak wędrowały teraz po najdalszych zakątkach jego umysłu.

Ostatni raz w Allenstenium był dokładnie trzydzieści trzy dni temu. Od tamtej pory nic tu się nie zmieniło, najmniejsze z największych miast królestwa żyło swoim własnym tempem. Było tu nadzwyczajnie spokojnie i cicho, mimo bezustannie krzątających się wokół mieszkańców z różnych warstw społecznych. To musiała być sprawka głównego zarządcy tego miejsca, gubernatora Rena Forrusa i jednocześnie jednego z siedmiu Wysokości, będących wraz z królem najelitarniejszą częścią Najwyższego Zgromadzenia. Mówiono, że jest zdolny posunąć się nawet do najbardziej radykalnych metod, byleby utrzymać idealny, niezachwiany porządek w Allenstenium. I robił to nienagannie, chociaż by doprowadzić do tego stanu najpewniej pozbawił kilku jednostek ręki czy nogi. W najgorszym przypadku mogła to być nawet jedna więcej głowa oddzielona od korpusu.

Ten ład w mieście w żaden sposób nie pomagał rozrzedzić gęstej jak mgła atmosfery, w której Saso musiał oddychać. Czuć było to napięcie przed zbliżającą się rozprawą. Każdy głowił się jaką prawdę przedstawi sądowy proces, czy w ostatecznym werdykcie nie znajdzie się przypadkiem jego nazwisko, dziwnym trafem wplątane w tą chorą sytuację. Czy nie będzie musiał ponieść mniejszej lub większej odpowiedzialności za czyjeś grzeszki i czy niespodziewanie nie okaże się, że to wcale nie Dreghone jest winowajcą. Nawet tutaj, w przydzielonej komnacie, gdzie naprzeciwko siebie siedzieli przy stole kasztelan Rainerish, jego geolog i niedawny skazaniec-morderca wymieniane były ukradkiem pomiędzy sobą nerwowe spojrzenia. Cała trójka starała się ukrywać to najlepiej jak tylko potrafiła, ale nie dość dobrze, by umknęło to uwadze Saso. A gdyby to oni – Drake bądź Daakman, okazali się pośrednimi podpalaczami?

Ten drugi był już niewątpliwie na celowniku sędziów. Był w końcu mordercą, skazańcem, którego kasztelan Phol pozwolił sobie bezczelnie wyprowadzić z kopalni, z ręki wyciągnąć kilof i wsunąć odznakę strażnika. Kiedy wówczas decydował się na taki odważny krok, zupełnie nie widział ryzyka z nim związanego. Jakoś nie wyobrażał sobie ewentualnej rozprawy, w której wyliczano by wszystkie, nawet te najmniejsze grzeszki i działania o wątpliwej słuszności kasztelana Phola. A teraz, jakimś cudem został postawiony przed faktem dokonanym. Jego stosunkowo krótka kariera zarządcy małego grodu na końcu świata zostanie dogłębnie przeanalizowana i sprawdzona. Ważniacy nie zawahają się zmusić go do poniesienia konsekwencji swoich błędów, jeśli takowe znajdą, a z każdą kolejną minutą co raz bardziej wydawało mu się, że to nieuniknione. Wszystko przez cholerną ścianę. Gdyby nie ona, najpewniej nikt nie zainteresowałby się tym zdarzeniem poza Stoggią, którego obowiązkiem jest nadzór nad mniejszymi grodami i osadami. On też pojawi się na rozprawie. Och, nie mógł się już doczekać.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Zapomniałem. – Daakman złapał się za głowę. – Jakiś dziwny facet chciał z tobą koniecznie porozmawiać. Kazałem mu tu przyjść jak znajdzie chwilę czasu. Chciałem cię uprzedzić, ale...

– Zapomniałeś. – Saso wstał i ruszył w kierunku drzwi.

– Uważaj na niego, nie wygląda na tutejszego.

Rzeczywiście nie był stąd. Białe, długie włosy, jasna, trupio blada skóra. Błękitne, błyszczące oczy, nie dało się nie zwrócić na nich uwagi. Mężczyzna wyglądał na kogoś po trzydziestce, ale gdy przyglądało mu się dokładniej sprawiał wrażenie jak by przeżył dużo, dużo więcej. Niemalże całkowite przeciwieństwo niedawno poznanego Arca O Szczerym Uśmiechu. Bardzo z nim kontrastował, jeśli chodzi o wygląd. Miał nadzieję, że tyczyło się to również charakteru, bo jeden Dar Cylles absolutnie wystarczył. To chyba był pierwszy raz w życiu Saso, w którym tak dogłębnie przyjrzał się komuś i spostrzegł tyle szczegółów. Cholera, potrzebował w najbliższym towarzystwie jakiejś kobiety, która przypomniałaby mu, że to do niej należy przy pierwszym spotkaniu wpatrywaniu się w kolor oczu, wielkość nosa i szerokość ust. To jednolite, męskie towarzystwo niedługo uczyni go zniewieściałym, by mogła zapanować równowaga. Puknij się w łeb, Saso. Jesteś mężczyzną! Zapuść brodę i rżnij drewno albo jakąś laskę.

– Witam. – nieznajomy wyciągnął rękę. Po tym jednym słowie w jego głosie można było już odnaleźć tyle niesamowitego opanowania, wewnętrznego spokoju. Jak by był chodzącą oazą, jak by w całości wypełniała go harmonia. Może właśnie dlatego był dziwny według Daakmana. – Nazywam się Christoph Kitta. Rozmawiałem z twoim przyjacielem, Quillerem. Powiedział, że mogę was tutaj odwiedzić...

– Tak. Quiller coś wspomniał... – obrzucił Daakmana znaczącym spojrzeniem. – Jestem Saso Phol, proszę wejść.

– Jeśli mogę zasugerować, wolałbym porozmawiać z tobą na zewnątrz, na osobności.

– Oczywiście. – chwycił prędko za widelec leżący na szafce, tak żeby gość nie mógł przypadkiem tego dostrzec, a za chwilę zrobić mu całkowicie nieumyślną krzywdę, wbijając na przykład nóż w brzuch albo w plecy. Schował go do kieszeni i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Nigdy nie było pewności na kogo można trafić. Prawdopodobieństwo takiego niebezpiecznego spotkania w miejscu takim jak Allenstenium wzrastało kilkukrotnie. Ilu to typów podejrzanych z samego wyglądu widział już przechadzających się po wąskich, krętych uliczkach podczas pobytu. Ten może nie wyglądał jak ktoś, kto ma zaraz przebić go na wylot jakimś ostrym narzędziem, ale właśnie ta pozornie niegroźna aparycja pozwoliła mu przypuszczać, że nie wszystko jest takie, jak może się wydawać. Zdawał sobie doskonale sprawę w jak groźnym i nieprzewidywalnym świecie przypadło mu się znaleźć. Zawsze ubezpieczał się na wszelki wypadek i zawsze zachowywał czujność. W tej jednej kwestii jego wrodzona lekkomyślność i niefrasobliwość nie miała prawa głosu.

Zaproponował małą altankę jako miejsce na przeprowadzenie rozmowy. Kiedy już znaleźli się tam, otoczeni bujną przyrodą usiedli po przeciwnych stronach i przez krótką chwilę nawiązali kontakt wzrokowy. W oczach pierwszego z nich krył się dystans i zachowawczość, drugi utrzymywał swoją wewnętrzną równowagę, zupełnie nie przejmując się nieprzychylnym mu spojrzeniem tego pierwszego. Christoph Kitta postanowił, że zacznie.

– Rozumiem twoją ostrożność, ale mogę zapewnić, że nie jest moim zamiarem skrzywdzenie cię, ani nikogo z twojego najbliższego otoczenia. Wręcz przeciwnie, jestem tu, by ci pomóc. – na jego twarzy pojawił się uśmiech, wyjątkowy szczery i prawdziwy.

– Kim jesteś?

Christoph sięgnął po hak przymocowany do jego pasa. Insygnia Najwyższego Zgromadzenia.

– Prawdę powiedziawszy to praktycznie ostatnia pozostałość po moim związku z tą organizacją. Nieoficjalnie zostałem odsunięty. Mój głos nie ma już tam żadnej wartości. Może to i lepiej, w przeciwnym razie nie mógłbym rozmawiać z tobą bez takich zahamowań.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Spójrz. – białowłosy powstał, rozsunął szatę, tak by Saso mógł zajrzeć do jej wnętrza i obrócił się wokół własnej osi. – Jestem czysty. Ten widelec, który zabrałeś ze sobą nie przyda się. Ale nie pogniewam się jeśli nie zdecydujesz się go odłożyć.

– Znasz mnie, prawda? Bo rozmawiasz ze mną jak byś wiedział kim jestem. W takim razie nie musisz przejmować się zupełnie tym, co mam w kieszeniach, bo doskonale wiesz, że robię tylko to, co konieczne by przetrwać.

– Sprytnie. O takim kasztelanie Pholu słyszałem.

– Od kogo?

– Od wielu ust. Jedne mówiły o tobie lepiej, inne gorzej. Ale było coś, o czym opowiadały zgodnie. Twoja błyskotliwość i cięty język są zaprawdę imponujące.

– Jesteś królewskim szczurem. Te pochlebstwa nic nie znaczą.

– Czyżby? Mi się wydaję, że słuchanie ich sprawiło ci przyjemność.

Miał go. To nie było przypuszczenie, wyrażenie opinii. Christoph Kitta stwierdził fakt, którego był absolutnie pewien. On wiedział o nim więcej niż powinien. Był jakimś znajomym, kimś z bliskiego otoczenia? Należał do Najwyższego Zgromadzenia, był więc może współpracownikiem ojca. Teraz go odnalazł? Po czterech miesiącach. Lepiej późno niż wcale. Być może pojawienie się Saso w Allenstenium ułatwiło mu zorganizowanie z nim spotkania.

– Czego ode mnie chcesz?

– Wpadłem na trop. On może doprowadzić mnie do rozwiązania twoich kłopotów. Wiem, że znajdujesz się obecnie w tarapatach. Ty i twoi podwładni. Twój gród.

– Rainerish.

– Ta nazwa wkrótce ulegnie zmianie. Nie przywiązuj do niej takiej wagi.

– Skąd o nich wiesz? Tylko nie wspominaj znów o ustach, mam już dosyć zastanawiania się nad ludzką i ludzko podobną fizjonomią.

Christoph uśmiechnął się szeroko, jak by wiedział, co Saso ma dokładniej na myśli.

– To naprawdę nieistotne, przynajmniej na razie. Tylko zmąci twój osąd. Nie chcę wprowadzać zamieszania.

– Pojawiasz się tu, jako całkowicie obcy mi człowiek, lub pewnie Elyos, bo na takiego wyglądasz, i mówisz mi o pomocy. Wspominasz coś o tym, że mnie znasz i, że wiesz w jakiej sytuacji się znajduję. Śmiesz jeszcze twierdzić, że nie chcesz wprowadzać zamieszania? Już je wprowadziłeś. Nie ma za co.

Twarz rozmówcy odpowiadała tylko uśmiechem.

– To nie Dreghone. – aż wreszcie spoważniała.

Mimo, że Saso starał się ciągle przypominać o tym, jaki typ bestii reprezentuje, jakimś cudem Christoph górował nad nim w rozmowie. Nie wywyższał się, nie pysznił się swoją przewagą. Zamienili ledwie kilka słów, a Saso potrafił odnaleźć w jego tonie niezwykłą życzliwość, tak czystą i szlachetną. Z taką prawdziwą nie spotkał się chyba od czasu pożegnania się z matką. Ten białowłosy mężczyzna faktycznie przybył mu z pomocą. Ale to były tylko wrażenia, oparte na zawodzących odczuciach. Nie może było im tak ślepo zaufać. Christoph mógł specjalnie stwarzać takie wrażenie. Rozmowa jeszcze się nie zakończyła. Na pewno nabierała rumieńców, ale jeszcze się nie zakończyła.

– Odważne stwierdzenie. Rozumiem w takim razie, że jesteś zaznajomiony z każdym szczegółem zbliżającej się rozprawy. Mówiłeś, że „nieoficjalnie" cię wydalili. Czy to nie jest równoznaczne z niedopuszczaniem takich wyrzutków jak ty do tak istotnych spraw?

– Jest. Ale dla niektórych nie ma barier.

– Piękne.

– Nie wydaje ci się, że Dreghone jako winowajca jest zbyt oczywisty? Taki prowokator-podpalacz poszedłby do zadania z większą rzetelnością. Skoro tak wytrwale to planował na pewno nie dopuściłby do sytuacji, w której wydałyby go byle zakrwawione buty.

Skoro to wiedział, by także uświadomiony o ścianie. Niedoszła tajemnica jak zaraza roznosiła się po okolicy. Jeszcze trochę i dowie się całe królestwo. Nie życzył sobie, by jego gród stał się ulubionym tematem pieśni bardów i minstrelów. To wszystko wychodziło spod jakiejkolwiek kontroli. Trzeba było to zatrzymać. W jakiś sposób.

– Być może Dreghone jest półgłówkiem.

– Nie zbywaj mnie, Saso. Dobrze wiesz, że nie jest. Ucieczka od poszukiwania prawdy nie sprawi, że Arc i Najwyższe Zgromadzenie zapomni o tobie i o twoich „szczęśliwych" włościach. Musisz stawić temu czoło.

Jeszcze trochę i jego czoło zostanie zalane potem. Może nawet teraz, w tej chwili.Ta rozmowa zaczynała go męczyć. Rzeczywiście chciał uciekać.

– Mam plan. Nie mogę na razie powiedzieć ci na czym on polega. Ale musisz mi zaufać i zastosować się do niego. Muszą zrobić to także twoi towarzysze. Oni są ci potrzebni. Trzymaj się ich.

– Plan? Mówisz mi o planie? Hej, kolego, w jakim świecie ty żyjesz? Nawet cię nie znam. Nie będę stosował się do twojego pokurwionego planu. Przychodzisz znikąd i twierdzisz, że wiesz co jest najlepsze dla mnie i dla moich ludzi. – powstał. – Dosyć.

Serce przyśpieszyło. Coś nieprawdopodobnego. Normalnie nawet by się nie przejął jakimś idiotą wygadującym swoje zmyślone bzdury. Ale w tym Christophie było coś niepokojąco prawdziwego, rzeczywistego. Tak. Teraz był już pewien. W jego towarzystwie dało się wyczuć moc, tą nieznaną energię. Ale nie pragnął jej teraz. To nie był odpowiedni moment. Nie, kiedy otacza go tyle niewiadomych, tyle pytań pozostawionych bez odpowiedzi, bez tropów do nich prowadzących. Wróci do kwatery, napije się czegoś i powróci do przygotowywań do zbliżającej się rozprawy.

– Powiedz Dreghonowi, by się przyznał. Nieważne jaka jest prawda, kiedy to zrobi łatwiej będzie mi działać. – Christoph nie przerywał.

Pokonał małe, kamienne schodki i opuścił altankę.

– Zapomniałeś co sobie postanowiłeś? Chcesz być kimś, Saso. Kimś takim jak twój ojciec. Nie możesz teraz uciekać.

Nie znam cię. Jak mogę potraktować cię poważnie jeśli pierwszy raz widzę cię na oczy i w dodatku dzielisz się ze mną swoimi teoriami, których nie możesz nawet w żaden sposób wytłumaczyć, czymś poprzeć? Niech ten gość już się przymknie. Wystarczyło jego bełkotu.

– Mogę zwrócić ci księgi, które odebrała ci inkwizycja. Znam też ich treść.

„O czystej krwi". Saso zatrzymał się. Nie myślał o niej już od jakiegoś czasu, ale to nie znaczyło, że zapomniał. Przeciwnie, bardzo dobrze usadowiło się to w jego pamięci. Był nawet w stanie wypowiedzieć imię inkwizytora, który książkę mu odebrał. Secrum Ahilla.

– Znam tą historię bardzo dobrze. Opowiem ci o niej. Pewnie już się domyśliłeś, ale wiem też o odkryciu w korytarzu dwa-cztery-pięć-sześć-osiem. Wiem też, co jest za tą ścianą. I wiem, co trapi twoją duszę. Też to czuję. Powiem ci jak nad tym zapanować. Ale musisz ze mną współpracować. Tylko tak możesz coś osiągnąć...

Zaschło mu w gardle. Czy białowłosy mężczyzna autentycznie znał odpowiedzi? Spadł jak grom z jasnego nieba i miał za jednym zamachem rozwiać wszystkie jego wątpliwości? To nie mogła być jawa. A jeśli to kolejny sen, w którym otoczony jest płomieniami? Czy znów obudzi się w swojej chacie, walącej się pod wpływem ogromnej temperatury? To musiał być naprawdę realny sen, taki w którym wszystko było fikcją i jednocześnie działo się naprawdę.

– Dreghone musi się przyznać to zarzucanych mu win. Powtórz mu to, Saso. Słyszysz?

Za szybko. Za dużo nielogicznych impulsów. Nie zaryzykuje dla podejrzeń Christopha. Niech działa na własną rękę, nie będzie mu wchodził w drogę. Ale on nie uratuje Dreghone'a. Ten człowiek z jego perspektywy został już dawno skazany. Nie będzie utrudniał procesu. Za kilkadziesiąt minut Seul Legion wyda ostateczny wyrok.


Link do Opowi.pl
http://www.opowi.pl/legenda-czesc-pierws...-v-a13595/

ROAD TO REDEMPTION


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości